Spotkanie z interesującym człowiekiem
Sylwia Derwisz Chutnik
Weź coś, Chutnik, napisz, bo ci nagrodę dali. To już ludzie gadają, że Paszport dla okładki Polityki był, żeby tylko trzy baby obok siebie stanęły. A baby zawsze dobrze wyglądają razem, tak pociesznie, śmisznie. Wszystko się nimi sprzeda, opony do Żuka, gładź do ściany, jak się tylko odpowiednio umieści w kontekście, a choćby i nawet bez.
Trochę te damy z okładki za mało się uśmiechały, jakieś takie widać, że z opcji depresja, ale to widocznie w ten sposób artystki bóle twórcze przeżywają. Podpisane było, że one drapieżne. Może i drapieżne, ale wszystkie grzecznie poprawili fotoszopem, żeby nie obrazić żadnych uczuć.
Także gala była, Farfał puścił w telewizorze, babcia płakała, sąsiadka gratulowała. I do roboty teraz, debiutantko, czy pracuje już może pani nad swą druga powieścią?
Ja tu na kartce przygotowałam takie różne propozycje, nie trzeba się nimi sugerować, w ogóle to najlepiej jeść dużo owoców, spacerować, a książka sama się zrobi. Radzę więc napisać jakiś kryminał, bo to ostatnio dobrze idzie, albo może coś o bezdomnych, kryzysie finansowym, o kotkach i szczeniaczkach, jak się ładnie bawią. Potem to damy w krzyczącej okładce, krytykom się powie, że genialne i jakoś to pójdzie. Wszyscy wiedzą, że Paszport miał iść wprawdzie do Dukaja, już go tam nawet królem na kumplach.blog.pl obwołali. To trzeba było potem pozamieniać, sprostować, nadmieniając jednakowoż, że laureatka to słabizna.
W obecnej pani, i tu wyrazy naszego współczucia, nieciekawej sytuacji należy pisać już cokolwiek, ale możliwie dużo i wszędzie, aby nie było, że werdykt był niesiony znajomością warszawki. Dobrze jest z humorem zaprezentować swoją barwną sylwetkę z barokowo- bazarowym rozmachem. Z zapleczem intelektualnym podbudowanym miłością do slangu. I jeszcze jedna rada: z szacunkiem odnosić się do tych, co krytykują, choć książki nie czytali. Nie tłumaczyć się, najlepiej nic nie mówić, tylko z uśmiechem dziękować.
Może, Sylwuniu, ukłoń się państwu i zaprezentuj coś ze swojego ciekawego światopoglądu na wszystko, jakieś historie o społecznym zaangażowaniu, o byciu przewodniczką miejską. Że już było? Bo wszystko było, młoda jesteś, to nie pamiętasz.
Chociaż o synku słów kilka, a ile latorośl ma, a czy lubi swoją mamę? Bo pani jest mamą, prawdaż, taką walczącą, z wózkiem na barykadzie. Interesujące jest to, że znajduje pani czas na małe przyjemności, na przykład na pisarstwo. Co prawda debiutancka powieść niegrubawa raczej, z tych ekologicznych papierowo. Taki Dukaj na przykład to się postarał…no, ale dajmy już spokój. W końcu Dukaj to pisarz.
W końcu literatura to taka nowa dyscyplina sportowa i trzeba mieć przeciwników, trzeba wygrywać w konkursach i stać na podium. Z pewnym takim zażenowaniem, ale prosto stać.
W przypadku pani mamy tu raczej do czynienia z taką zabawą przecież. Pytam więc, a z gazetki osiedlowej jestem, czy między wypełnieniem faktury, a sprzątaniem domu ma pani jeszcze energię do siadania przed komputerem?
Ano. Obierki szybko ręką zmiotę, wywaru z kompostu odleję, dzieciaka przez kolano raz dwa przesadzę i jakoś tak idzie. Najwięcej to mnie nachodzi takich życiowych przemyśleń przy sprzątaniu sieni i zwożeniu nawozu. W tym miejscu chciałabym zaznaczyć, że moja powieść jest autobiografią, a najwięcej mnie jest w starej babie umierającej w piwnicy.
Natomiast ja tak pozwolę sobie zadryndnąć z bardzo ekskluzywnego pisma, żeby pani dała jakieś rady naszym czytelniczkom na życie, bo one strasznie by tego chciały, były zawsze dobre z polskiego i czytały lektury.
I kiedy zwolnią je z pracy, bo zaszły w ciążę, kiedy szef znowu po przyjacielsku rąbnie w tyłek, kiedy skończy im się kasa i nie będą mogły spłacić cholernego kredytu na sto lat z procentami- o, wtedy pani twórczość będzie jak ukojenie. Będzie taką nagrodą z pledem i herbatką na wieczór.
Pamiętać należy, iż pisarstwo kobiet nieść ma pociechę oraz obraz otaczającego nas świata, w szczególności zaś czerwonych maków, nut Chopina i zapachu szarlotki w domowej kuchni. Jeśli już kobieta pisząca została nazwana damą drapieżną, może sobie pozwolić na wplecenie w swoje teksty elementów wywrotowych czy wręcz wulgaryzmów. Nadto przypomina się, iż znane są przykłady z historii, gdzie literatki zrujnowały specyficznym hobby swoje rodziny, wywołały wojny, a w najlepszym przypadku wyskrobały coś ledwie „poprawnego”.
Trzymajmy się więc pani działalności społecznej, charytatywnej. Dodajmy nieco informacji o dzieciach, to zawsze ociepla wizerunek feministki. Ostatnio modne stało się być „pod prąd”. Czy zatem pani image konsultowany był z jakimś znanym stylistą? Czy myślała pani, aby do swojej kolekcji tatuaży dołączyć jeszcze Bitwę Pod Grunwaldem lub choćby polską flagę?
Czy Paszport Polityki zmienił pani życie, pyta dla odmiany zaciekawiona czytelniczka.
Ależ oczywiście. Głównie wywołał depresję.
Próżno szukać psychologów, którzy pomogliby wyjść z szoku po nagrodzie. Nie ma grup wsparcia dla ludzi, którzy zostali docenieni. Ktoś może założy w końcu forum dyskusyjne o melancholii zwycięzcy, o stresie wyróżnienia. A kurs odporności na krytykę, no gdzie jest?
W powodzi gratulujących telefonów i pytań, ile się za taki paszport kasy dostaje, przewijają się nieustanne prośby. By tu pani przyszła i wzięła udział. Wypowiedziała się na temat oraz odniosła się do. Coś powiedziała o sobie (tylko tak na setkę, bo to takie krótkie będzie wejście, więc no dosłownie dwa zdania o sobie i o czym jest książka, bo ludzie nie czytali) .
Kłamałam strasznie, nie mam żadnej depresji, bo bardzo to wszystko lubię. Jestem z Warszawy, a wszystkie warszawianki lubią być sławne. W ich mieście znajdują się redakcje gazet i telewizje śniadaniowe, na ulicy można spotkać potencjalnego researchera, który zadzwoni w niedzielę o 21 i namówi do wypowiedzi o ulubionej górce do zjeżdżania na sankach. Człowiek wpadnie w maszynkę do medialnego mielenia i już się zdziwić nawet nie może, no bo sam wszystkiego chciał, prawda?
Tkwię od tego feralnego wtorku, co mnie Michał Witkowski na scenę wywołał, w nieustannym kociokwiku, szamocie, bajzlu i burdelu na kółkach. A na co to komu było, a po co to wydawać te książki, pani kochana, gadać o tym w kółko i na okrętkę.
Ustawiam się więc do pionu sprzątaniem mieszkania czekając z wyłączoną komórką, jak sobie za rok znajdą inną ofiarę. W razie czego: pomogę jej zorganizować grupę wsparcia.
Sylwia "Derwisz" Chutnik - prezeska Fundacji MaMa. Kulturoznawczyni i absolwentka Gender Studies. Członkini Nieformalnej Grupy Porozumienie Kobiet 8 Marca. Mama Bruna (2003). Przewodniczka miejska po Warszawie. Autorka powieści "Kieszonkowy Atlas Kobiet" (wydawnictwo Ha!Art). Laureatka Paszportu Polityki 2008 w dziedzinie Literatura.
|