TELEFON INTERWENCYJNY DLA KOBIET
DOŚWIADCZAJĄCYCH PRZEMOCY

0 789 30 65 66

                          Czynny:
      w poniedziałek w godzinach 10.00-20.00
  od wtorku do piątku w godzinach 10.00-16.00
    STRONA GŁÓWNA :: o fundacji :: zespół:: akcje/projekty :: kontakt :: szukaj :: english :: KSIĘGARNIA  02/09/2010
INFORMACJE
RAPORTY
KSIAŻKI
NASZE PUBLIKACJE
LINKI
ARCHIWUM
MATRONATY

TYBET
Ostry nóż prawa. O dalszych losach Karmy Samdupa

pisze OSER, poetka, która zapomniała się bać

felietony/recenzje

Zatrzymała tramwaje, prezydentów i prezesa. 3 x KRZYWONOS!- pisze Małgorzata Tkacz-Janik

Prowadź swój pług przez kości umarłych. Książkę Olgi Tokarczuk recenzuje - Emilia Walczak

Kwestię miasta i genderu w filmie „Pizza, Birra, Faso” analizuje Łukasz Wójcicki

Kobiety o emeryturach. FEMINOTEKA ZBIERA HISTORIE KOBIET! A Ty? Jaką będziesz emerytką?

Słodko na sen.
O wyrodnej matce z Wiadomości - pisze
Marzena Gębala

O medyczkach, doktoressach i pionierkach chirurgii pisze - Iwona Dadej

Dyskretne symetrie Jeanette Winterson - recenzuje:
Grażyna Latos

Po wyborach
– z perspektywy kobiet pisze -
Iza Desperak

O równości w szwedzkich przedszkolach pisze Sara Hasbar

Tekst o starych oblechach.
O Polańskim i Żuławskim - pisze Agata Czarnacka

A na lewo ciągle bez zmian.
O pracy kobiet i pracy mężczyzn - pisze
Marzena Gębala

Święta feministka. Edytę Stein przypomina Iwona Dadej

Kogo kochają dorastające dziewczęta? O mechanizmach uJArzmiania seksualności nienormatywnej pisze Marzena Lizurej w książce O polityce ciała i pożądania w kulturze audiowizualnej

Oddajmy powstanie kobietom, cywilom i żydom pisze Weronika Grzebalska

Festyn sierpniowy.
O obchodach rocznicy Powstania Warszawskiego pisze Bożena Keff

Karmiąca matka to też kobieta. O społecznym przymusie karmienia piersią - pisze Anna Adhikari

Na wakacje polecamy: CWANIARY - powieść Sylwii Chutnik

Jak naprawić to, co napsuła religia w szkołach pyta Maciej Gdula z Krytyki Polityczne

KOBIETY i ...
aborcja
herstoria
polityka
przemoc
praca
zdrowie
Unia Europejska
Najnowsze artykuły
Rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie eliminacji przemo...
3 x KRZYWONOS!
Walczak: Prowadź swój pług przez kości umarłych
Tomaszewska: Zobaczyć płeć – cykl Kino mówi: Gender w Al...
Śladowska: Pozór ważniejszy od bytu
Leszczyńska: Miraże rzeczywistości
Korda: Udaję, że to opowieść, która dzieje się komuś innemu
Klimala: Co ludzie powiedzą
Frank: Serio, serio, serio
Dzwonkowska: Ballada z przymrużeniem oka czyli Sugar Baby Trans
Bociek: Kicia nie potrzebuje pomocy
Barańska: Noce bez upojenia
Sieradzka: Gra pozorów
Wójcicki: Miasto i gender w filmie „Pizza, Birra, Faso&#...
OSER: Ostry nóż prawa
Sikora:Pisanie odmieńca. O reportażu Jacka Hugo-Badera
Pisanie odmieńca. O reportażu Jacka Hugo-Badera
Tekst: Tomek Sikora

Reportaż wybitnego i obdarzonego niewątpliwą wrażliwością społeczną dziennikarza Jacka Hugo-Badera w zatytułowany "Podziemne życie Ewy H." ( Podziemne życie Ewy H) to tekst niezwykle cenny i bardzo poruszający. Dotyczy kwestii niezmiernie istotnych, a rzadko pojawiających się w przestrzeni publicznej, takich jak ostracyzm społeczny, który dotyka "odmieńców", albo wymazywanie niechcianych wątków z historii. Karmieni "oficjalną" propagandą, która coraz nachalniej zawłaszcza sobie najnowszą historię Polski (spory na linii PiS-PO-SLD są w tej kwestii zupełnie drugorzędne), coraz trudniej wyobrażamy sobie opozycję antypeerelowską inaczej niż jako monolityczny ruch katolicko-narodowo-heteroseksualny, nieskażony żadną nienormatywną odmiennością. Jeśli ruchy opozycyjne miały przywrócić w Polsce właściwy, "naturalny" porządek rzeczy (bo "komunizm" był przecież wywróceniem tego porządku do góry nogami), to gdzież miałoby w nich znaleźć się miejsce na "sprzecznego z naturą" odmieńca?

Wydaje się więc, że Hugo-Bader upomina się o przemilczany głos, o wymazaną część historii, a jednocześnie piętnuję bezduszny "brak tolerancji" dla odmieńca w polskim społeczeństwie. Ale czy tak jest w istocie? Coś mi w tym reportażu nie pasuje, coś mnie drażni – zwłaszcza w postawie samego dziennikarza, nie wyrażonej rzecz jasna explicite, ale dającej się wyczytać np. ze sposobu użycia różnych zabiegów formalnych. Jest to postawa dwuznaczna: z jednej strony pochyla się on nad cierpieniem innego, ale z drugiej strony nie ma tu jakiegoś radykalnego zakwestionowania granicy, która oddziela "normalnego" człowieka od "popieprzonego" odmieńca. Reportaż napisany jest jakby "z drugiej strony barykady" – barykady, której nie zamierza się wcale burzyć. Niewykluczone, że autorska dwuznaczność była zamierzona: sam dziennikarz pojawia się na początku tekstu w dość niechlubnej roli trzecioplanowego bohatera, który nawet po gumkę do włosów się nie schylił, tylko "jak najgorszy cham czubkiem buta przysunął". Tym samym dziennikarz sytuuje samego siebie bliżej "przeciętnego" czytelnika, który w obliczu odmieńca również poczułby zapewne mieszaninę nieufności, współczucia i odrazy.

Nie chodzi mi bynajmniej o braki w warsztacie dziennikarskim – wręcz przeciwnie, powiedziałbym raczej, że chodzi właśnie o nadmiar warsztatu. Najważniejszym zabiegiem formalnym użytym w reportażu, niewątpliwie bardzo nośnym, jest przedstawienie całej historii w postaci dialogu między Markiem (przed operacją) i Ewą (po operacji). Z kilku względów zabieg ten budzi moje zasadnicze wątpliwości. Mogłoby się wydawać, że nie eksponując swojej roli i pozostając w cieniu, reportażysta oddaje głos swojej bohaterce, a więc oddaje jej władzę nad opowiedzeniem jej własnej historii. Ale tak w istocie nie jest. Bo choć nazwisko dziennikarza pojawia się w rozmowie między Markiem i Ewą, jakby incydentalnie, zaledwie dwa razy, to w kluczowym momencie na jaw wychodzi jego faktyczna rola: rola demiurga i manipulatora ("To Hugo-Bader wymyślił, że tak o nas napisze reportaż.") A zatem mowa niezależna jest tylko pozornie niezależna, w istocie całą formułę wymyślił dziennikarz-pośrednik, ukrywając się za pozornie obiektywną, udramatyzowaną (dialogową) formą reportażu. Tym samy zasadniczo pozbawił swoją bohaterkę głosu, zawłaszczył jej historię, opowiedział ją po swojemu, "lepiej", z literackim zacięciem.

Innym efektem przedstawienia historii Ewy w takiej formie jest wyraźny dystans, jaki dziennikarz stwarza pomiędzy sobą a swoją bohaterką (być może, w szlachetnej intencji uniknięcia "emocjonalnego zaangażowania" w przedstawiany materiał). Świat odmieńca pozostaje światem wewnętrznym, hermetycznie zamkniętym, takim, którego nie można, a przede wszystkim nie chce się "przeniknąć". Jest to zatem dystans tyleż emocjonalny, co poznawczy. Potwór może komunikować się ze sobą samym, ale czy "normalny człowiek" może komunikować się z potworem? Czy nie musiałby w tej komunikacji przyznać się do swojej własnej potworności? Jakimś okrutnym paradoksem tego reportażu jest fakt, że dziennikarz opisujący społeczną próżnię, jaka wytworzyła się wokół Ewy po zmianie płci, jednocześnie sam zdaje się unikać z nią bezpośredniego kontaktu, zamyka ją w szklanej klatce. Nie potrafi dotknąć odmieńca, bo w istocie się nim brzydzi; woli pozostać "nieskażony" odmieńczym abiektem. Zachowuje się zatem tak, jak syn bohaterki: udaje, że go tam nie ma; siada jeden rząd dalej i udaje, że nie zna tej pani.

Po co w ogóle autor zdecydował się przywołać zza grobu postać Marka, skoro Marek Hołuszko już nie istnieje? Przecież taki zabieg jest ewidentnym zakłamaniem: nie mamy do czynienia z rozdwojoną tożsamością, tylko z tożsamością Ewy Hołuszko. Po co więc ta rozmowa z duchem? Żeby reportażysta poczuł się pewniej na swoim gruncie poznawczym? Tak jak dziennikarz staje się pośrednikiem między "potworem" a czytelnikiem, tak on sam zdaje się potrzebować pośrednika w postaci Marka. Bo jakże by tak z potworem – twarzą w twarz? Jeszcze by nam swoją historią opowiedział – po swojemu? O nie – potrzebny nam dystans! Jest więc Marek alter ego samego autora, jego "agentem" – o tyle mniej groźnym, że ontologicznie bardziej oczywistym: Marek to, jak by nie było, urodzony (biologiczny) mężczyzna, w przeciwieństwie do sztucznie stworzonej (niemal z męskiego żebra) Ewy. A więc Ewa to byt dziwaczny, obcy, o niepewnym statusie ontycznym i niepewnym pochodzeniu. Przywołanie Marka ma jeszcze jedną korzyść z punktu widzenia ograniczonego horyzontu poznawczego tekstu: pozwala uniknąć czegokolwiek, co mogłoby usytuować się pomiędzy kobietą i mężczyzną. Jest Marek i Ewa. I dialog. Zgoda: Marek jest kobiecą tożsamością uwięzioną w męskim ciele, a Ewa ontycznie niepełną kobietą, ale mimo wszystko technika dialogu pozwala zachować binarne rozgraniczenie między dwiema płciami (choćby na poziomie "polityki imion"). Zdaję sobie sprawę, że wiele, a być może większość, osób transseksualnych nie kwestionuje prostego dyformizmu płciowego; ale są i takie osoby (np. tzw. osoby "interseksualne"), które to binarne myślenie odrzucają jako normatywne i wykluczające.

Niemoc poznawcza, która nie opuszcza dziennikarza aż do końca, znajduje także odbicie w języku. Miejscami zmaga się z nim, żeby w końcu przegrać, dojść do jego punktu granicznego: "Ojczycę? Matkę? Matczycę? Kurde, Ewko, dalej nie da się powiedzieć". A zatem znowu komunikacyjny klops: tu kończy się język. A przecież nie ma nic bardziej płynnego, elastycznego, kreatywnego niż język! W sytuacjach takich, jak ta, można oczywiście wpaść w językowy "kryzys", ale kryzysy są po to, żeby twórczym myśleniem z nich wychodzić. A tu nic: ściana, dalej się nie da.

Mogłoby się wydawać, że jest to historia osobistej porażki Ewy Hołyszko – schorowanej, samotnej, nieszczęśliwej. Jawi się ona w reportażu jako postać tragiczna, ale – co ważne – nieuniknienie tragiczna. Jak w greckiej tragedii, w której nie ma ucieczki przed losem czy przed własną "winą tragiczną". Przecież nie można sobie wyobrazić odmieńca szczęśliwego, prawda? Z natury rzeczy jest skazany na cierpienie, a "dobry człowiek" może w najlepszym razie takim osobom po chrześcijańsku współczuć.

Ale dla mnie historia Ewy jest historią triumfu, choć sposób przedstawienia tej historii przez reportażystę sugeruje mi coś innego. Triumfu okupionego ogromnym cierpieniem, to prawda. Jeśli jest to tekst o porażce, to ponosi ją przede wszystkim autor, a wraz z nim społeczeństwo, z którym dzieli on podobny horyzont poznawczy i aksjologiczny. Tam, gdzie Ewa wykazuje się niewyobrażalną odwagą – odwagą przeciwstawienia się zastanemu porządkowi, odwagą dążenia do zmiany (w podwójnym sensie) ustrojowej – tam dziennikarz może się zdobyć jedynie na beletryzację i wywołanie współczucia (patosu), za którym stoi jego własne poznawcze tchórzostwo. Tak, lepsze to od postawy "gówniarzy z gimnazjum", którzy żyć Ewie nie dawali. Ale dla mnie to zdecydowanie za mało.

[Kilka innych uwag nt. reportażu ukaże się wkrótce także na moim blogu: www.hodowlaidei.blogspot.com.]

Tomek Sikora - wykładowca, naukowiec, niespokojny duch; zajmuje się głównie kulturą i literaturą amerykańską i kanadyjską, queer studies oraz gender studies; współredaktor InterAliów, pisma poświęconego studiom queer (www.interalia.org.pl) i współautor bloga
www.hodowlaidei.blogspot.com
know dnia 17/06/2009
nie moge sie oprzec wrazeniu, ze autor recenzji dokonal pewnej projekcji wlasnych uprzedzen. ja kompletnie nie widze bohaterki tego reportazu, jako "odmienca", wiec, byc moze nieslusznie, nie dostrzeglam takiego podejscia rowniez u Hugo-Badera. jest tez dla mnie calkowicie oczywiste, ze dochodzenie do tozsamosci zawsze jest procesem, a w przypadku osoby transseksualnej dorastajacej w srodowisku, gdzie najzwyczajniej brak bylo jakiejkolwiek wiedzy na temat zjawiska transseksualnosci, ten proces musial byc szczegolnie skomplikowany i trudny. dawne ego bohaterki wypowiada sie jako mezczyzna, bo widocznie ona sama tez sie tak okreslala w czasach o ktorych mowa.

oskarzanie Hugo-Badera o brak tworczego podejscia do jezyka jest moim zdaniem wyrazem oczekiwania, ze reportaz jednoznacznie przedstawi niejednoznaczna sytuacje, i zamiast stanowic dla czytelniczki bodziec do przemyslen, po prostu przedstawi jedynie sluszna interpretacje. brak jezyka do opisu doswiadczenia transseksualnego jest faktem, ale chyba zamiast arbitralnie ustanawiac slownik na jego opisanie, lepiej oddac glos samym osobom transseksualnym.

dla mnie ten tekst nie jest ani o porazce, ani o tryumfie, to jest tekst o zlozonej sytuacji pozostawiajacy czytelniczkom i czytelnikom miejsce do dokonywania wlasnych interpretacji. swietny tekst, moim zdaniem.
know dnia 18/06/2009
aha, nie twierdze bynajmniej, ze tekstowi Hugo-Badera nie przydalby sie komentarz specjalisty, ktory zaprezentuje fakty dotyczace transseksualizmu, podstawowa wiedze z zakresu teorii queer itd. tylko ze brak takiego tekstu nie jest wada samego reportazu imo.
veriKami dnia 18/06/2009
...albo specjalistki/transeksualistki... Freak Orlando... polecam się ;-)
know dnia 18/06/2009
pilam do autora recenzji, stad ten penis smiley. bylo by super, gdybys mogla skomentowac Badera, bylo by super miec do tego tekstu sitko, ktore by pozwolilo odsączyc subiektywne odczucia, opinie swiata zewnetrznego i caly nalot interpretacyjny (niekoniecznie pochodzacy od Hugo-Badera przeciez), pozostawiajac jak najwiecej precyzyjnych informacji i podstaw do formulowania wlasnych opinii, a przede wszystkim akceptacji i szacunku.
Ewa H dnia 18/06/2009
Reportaż "wisząc" na portalu Gazety Wyborczej otrzymuje w większości dobre recenzje, a jego autor gratulacje. Tylko w Krytyce Politycznej i Feminotece pojawiły się głosy krytyczne względem sposobu przedstawienia osoby, którą ten reportaż opisuje, ale i one, jak widać na przykładzie odpowiedzi na krytykę p. Marka Sikory są podważane. Jakoś w tych gratulacjach, lub głosach krytycznych w stosunku do autora reportażu nikt z zamieszczających komentarze nie pomyśli o tym, że żywa Ewa Hołuszko przecież istnieje i jest dostępna. Prócz dwóch moich znajomych: Anki Grupińskiej i Magdaleny Mosiewicz nie pytano się o moje własne wrażenia na temat publikacji. Nikt też, poza najbliższym otoczeniem nie wie, że w ostatni tydzień przed publikacją przeżyłam swoisty horror, lekcję rzeczywistego stosunku ludzi mediów do takiej osoby jak ja. Wspaniałe pióro i całkowicie amoralne podejście do robiektur1;. Żadne, niezapisane umowy nie obowiązują!!! Żenada! To, w jakim kształcie ukazał się artykuł jest wynikiem gorzkiego dla mnie kompromisu z rzeczywistością. Ale wracam do faktów:

- w lecie zeszłego roku, gdy byłam po operacji, a mój los był niepewny na skutek przerzutów raka, spotkałam się po raz pierwszy z autorem tekstu, któremu zastrzegłam, że nie zgadzam się na kolejną prasową sensację o osobie korygującej płeć: ma to być temat tła, a głównym tematem jest moja historia, jako nie tylko opozycjonistki, ale i działaczki społecznej; nie zgodziłam się też na zamieszczenie zdjęcia; autor zaakceptował te warunki

- kolejne nagrywane sesje wykazywały, że zainteresowanie autora jest przede wszystkimi moimi osobistymi i intymnymi tematami; byłam tym zażenowana, lecz na pytania z reguły odpowiadałam zaznaczając, że robię to nie w celu zamieszczenia tego tematu w tekście, a przede wszystkim po to, żeby zrozumiał, na czym polega fenomen transseksualizmu (on na to wyraził wyraźną zgodę);

- w listopadzie ubiegłego roku nagrania zostały przerwane, a w styczniu otrzymałam zapewnienie, że materiał o mnie ukaże się w "Gazecie Wyborczej" 4 czerwca, czyli w dwudziestolecie pierwszych wolnych wyborów;

- ostatnia sesja nagrywająca moje wypowiedzi odbyła się w połowie maja b.r. i wreszcie rozmowa dotyczyła według mnie właściwego tematu artykułu; to dzięki ponownym zapewnieniom, że taki temat zostanie utrzymany i że publikacja będzie w tak ważny dla całej b. opozycji dzień zgodziłam się wreszcie na zdjęcia;

- w czasie sesji zdjęciowej nagle dowiaduję się, nie od autora, ale od fotografującej mnie fotograf, że obiecany termin publikacji prawdopodobnie nie zostanie utrzymany; wówczas odzywa się we mnie pierwszy alarm, że "coś tu nie gra";

- autor zjawia się u mnie 3 czerwca w celu autoryzacji tekstu; jest on nie do przyjęcia: jest to sensacja o "transseksualnym" odmieńcu, która napisana jest w 70% z końcówkami męskimi czasowników (i przed "zmianą" moja mowa wewnętrzna była tylko żeńska), uwypuklenie dwóch niezależnych postaci w jednym ciele bez wyjaśnienia, że całe te przedstawienie wymyślił autor mogło sugerować dla każdego psychiatry, czy psychologa, że opisana osoba ma po prostu schizofrenię, a moja działalność stanowiła tylko dodatek do przeważających w artykule seksualnych sensacji; przyniesiony też mi został także projekt okładki DF, z tym samym, co się ukazało zdjęciem, lecz tekstem (o czasowniku męskoosobowym), odwołującym się do seksualnych aspektów sprawy; poczułam się wówczas, że dla zwykłej poczytności gazety przedstawiono mnie jak "seksualny obiekt zoologiczny".

- 4 czerwca, to nie był dla mnie dniem święta 20-lecia pierwszych wolnych wyborów, lecz horroru - jak zapobiec publikacji artykułu o treści sprzecznej z moim poczuciem własnego "ja", ilość telefonów, które w tym dniu wykonałam, między innymi do autora tekstu świadczyła o realnym dla mnie poczuciu niebezpieczeństwa. W rezultacie poszłam na kompromisy pod warunkami, z których najważniejsze były:
1. Zmiany treści na okładce na odnoszącą się do spraw pozaseksualnych;
2. Likwidacji wszelkich końcówek męskoosobowych czasowników, które autor artykułu przypisał mnie - ja zawsze byłam tą samą postacią, a moja mowa wewnętrzna była i przedtem kobieca;
3. Likwidacja w tekście najbardziej intymnych sensacji o mnie i zmniejszenia objętości treści poświęconej sprawom płci i seksu.
4. Wyjaśnienie przez autora, że forma artykułu polegająca na wewnętrznej rozmowie dwóch postaci to wyłącznie jego pomysł.

- 5 czerwca, pomimo mego protestu ukazuje się "stara" okładka w "Gazecie Wyborczej" w zapowiedziach DF

- 6 czerwca otrzymuję od autora telefon, że moje poprawki zostały uwzględnione, a tekst pójdzie do druku; nie wierzę już w słowa - żądam przeczytania go i autoryzacji; po południu otrzymuję poprawiony podobno tekst: dalej około połowa czasowników w tekście była męskoosobowa, część bardzo intymnych szczegółów pozostała, dalej nie zgadzało się wiele opisanych faktów z tym, o czym mówiłam w wywiadzie, zmiana treści okładki polegała tylko na tym, że końcówka męskoosobowa czasownika została zamieniona na żeńskoosobową, a wydźwięk seksualny pozostał; właściwie został spełniony tylko podany powyżej pkt. 4 - w postaci znanej już z wydrukowanego artykułu.
W nerwowej atmosferze, gdyż autor protestował na każdą moją ingerencję, wprowadzam zmiany i autoryzuję wreszcie tekst wraz z nimi. Aby być pewna ich wprowadzenia dodatkowo wpisuję na zautoryzowanym egzemplarzu, to, czego w tekście nie życzę kategorycznie, a całość zostaje zeskanowana.

- 7 czerwca znów zaczynają się telefoniczne targi na temat treści napisu na okładce, choć wydawało mi sie, że poprzedniego dnia został już on ustalony; znów próbuje się tak zmienić jego treść, aby jednak uzyskać to, że na okładce zostanie uwypuklona seksualna sensacja; wszystkie te targi wywołują już we mnie wręcz uczucia agresji względem manipulatorów; wreszcie za następnym telefonem treść okładki zostaje ustalona, a 8 czerwca ukazuje się jej zapowiedź w nowej formie;

- 10 czerwca ukazuje się artykuł; odbiega on w kilku miejscach od tego, co autoryzowałam, a zamiast moich nieuwzględnionych poprawek otrzymuję protesty od tych, którzy mi przypisują rozmijanie się niektórych, zawartych w nim faktów.

Cóż, całe dorosłe życie poświęciłam walce o godność istoty ludzkiej, o poszanowanie w niej czegoś niezbywalnego, danego przez Stwórcę. Czy czasy, które wartość tej istoty przelicza się na pieniądze, a w tym przypadku na ewentualne zwiększenie poczytności, gdy tą godność rozmieni się na tanią sensację są tymi, o których marzyłam? Na pewno nie! Jestem kobietą i kategorycznie nie zgadzam się na przypisywanie mi męskiego rjar1; r11; teraz i przeszłości. A sprawy korekty płci powinny być traktowane jak każdy biologiczny defekt człowieka - jeden urodził się z niewładną kończyną, drugi garbaty, a ja z mózgiem kobiety, a ciałem mężczyzny. I o to mi chodzi, o to będę walczyć niezależnie od potrzeb karmionego sensacjami tłumu. Taki, według mnie, powinien być przekaz artykułu, gdyż większość osób ma swoje mniej lub bardziej widoczne defekty r11; słabe strony. Czy są więc one odmieńcami?

Ewa Hołuszko
know dnia 18/06/2009
dzieki za komentarz. w tym kontekscie moge tylko odwolac wszystko, co napisalam pozytywnego o tekscie. rece mi opadly smiley.
veriKami dnia 19/06/2009
w takim razie nic juz nie musze pisac - Ewa - Pozdrawiam Serdecznie !!! i Dziękuję, że jednak się na ten tekst zdecydowałaś - podejrzewałam manipulacje, lecz jak zwykle bezpośredni obraz jest o wiele bardziej przygnębiający... v.
veriKami dnia 19/06/2009
dla uzupełnienia - tekst Krzysztofa Tomasika w Krytyce Politycznej: Hugo czy Bader? http://www.krytykapolityczna.pl/Krzysztof-Tomasik/Hugo-czy-Bader/menu-id-198.html ...
tiusza68 dnia 19/06/2009
pani Ewo-zabieg rozbicia pani na dwie osoby jest w tym przypadku wręcz okrutny.Przecież zawsze chodziło o to,że jest pani Ewą a musi społecznie odgrywać Marka.Nie było jakiejś drugiej osoby.Głupi pomysł.
Czy nie chodziło o to,ze bohaterem opozycji nie może być kobieta?smiley
I to beznadziejne czepianie się zewnętrzności-czy naprawdę nie ma kobiet o dużych dłoniach i stopach?Co to ma do rzeczy?
Artykuł wymaga sprostowania i chyba-przeprosin?smiley
c-c-ly dnia 19/06/2009
Pani Ewo, bardzo dziekuje za ten komentarz i dziekuje za odwage mowienia o sobie i żądania dla siebie wszystkiego tego, czego sie Pani odmawiało i nadal (jak sie okazuje) odmawia. Wielki ukłon.
Leona dnia 21/06/2009
Wszelkie manipulacje, przeinaczanie faktów są po prostu karygodne. Niestety, tam gdzie możliwość zysku, tam gdzie pieniądze, pewne standardy moralne przestają obowiązywać... Myślę, że z artykuły chciano zrobić tanią sensację, ale jednocześnie pokazać transseksualizm ze swojego punktu widzenia, czyli wczoraj byłem facetem, dziś jestem kobietą. I wychodzi z tego jakaś fanaberia, rozdwojenie jaźni, schizofrenia, a przecież transseksualne osoby od dzieciństwa czują się uwięzione w niewłaściwym ciele...
moskwa dnia 25/06/2009
Moim zdaniem, choć to może dziwna interpretacja, postać Marka jest raczej alter ego autora, który z jednej strony dąży d poznania, zrozumienia bohaterki, a z drugiej - zadaje intymne, podgladackie pytania, jakby kierował się przede wszystkim ciekawością, a nie chęcią zrozumienia. Myślę że temat reportażu w tym wypadku przerósł autora (którego notabene bardzo cenię), który nie poradził sobie ze swoimi emocjami. Przykro mi, że Pani Ewa poczuła się nim dotknięta, wszak nie po ten tekst powstał - ale z drugiej strony bardzo się cieszę że go przeczytałam, postać Ewy Hołuszko zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zaimponowała mi jej siła i odwaga. I dała mi do myślenia. Pewnie gdyby nie tekst Hugo-Badera, nieprędko bym o pani Ewie usłyszała i dlatego cieszę się że powstał.
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.