|
|
|
Historia pewnego reportażu |
Historia pewnego reportażu
Tekst: Ewa Hołuszko
Reportaż Jacka Hugo-Badera Podziemne życie Ewy H. "wisząc" na portalu Gazety Wyborczej otrzymuje w większości dobre recenzje, a jego autor gratulacje. Tylko w Krytyce Politycznej i Feminotece pojawiły się głosy krytyczne względem sposobu przedstawienia osoby, którą ten reportaż opisuje, ale i one, jak widać na przykładzie odpowiedzi na krytykę p. Marka Sikory są podważane. Jakoś w tych gratulacjach, lub głosach krytycznych w stosunku do autora reportażu nikt z zamieszczających komentarze nie pomyśli o tym, że żywa Ewa Hołuszko przecież istnieje i jest dostępna. Prócz dwóch moich znajomych: Anki Grupińskiej i Magdaleny Mosiewicz nie pytano się o moje własne wrażenia na temat publikacji. Nikt też, poza najbliższym otoczeniem nie wie, że w ostatni tydzień przed publikacją przeżyłam swoisty horror, lekcję rzeczywistego stosunku ludzi mediów do takiej osoby jak ja. Wspaniałe pióro i całkowicie amoralne podejście do "obiektu". Żadne, niezapisane umowy nie obowiązują!!! Żenada! To, w jakim kształcie ukazał się artykuł jest wynikiem gorzkiego dla mnie kompromisu z rzeczywistością. Ale wracam do faktów:
- w lecie zeszłego roku, gdy byłam po operacji, a mój los był niepewny na skutek przerzutów raka, spotkałam się po raz pierwszy z autorem tekstu, któremu zastrzegłam, że nie zgadzam się na kolejną prasową sensację o osobie korygującej płeć: ma to być temat tła, a głównym tematem jest moja historia, jako nie tylko opozycjonistki, ale i działaczki społecznej; nie zgodziłam się też na zamieszczenie zdjęcia; autor zaakceptował te warunki
- kolejne nagrywane sesje wykazywały, że zainteresowanie autora jest przede wszystkimi moimi osobistymi i intymnymi tematami; byłam tym zażenowana, lecz na pytania z reguły odpowiadałam zaznaczając, że robię to nie w celu zamieszczenia tego tematu w tekście, a przede wszystkim po to, żeby zrozumiał, na czym polega fenomen transseksualizmu (on na to wyraził wyraźną zgodę);
- w listopadzie ubiegłego roku nagrania zostały przerwane, a w styczniu otrzymałam zapewnienie, że materiał o mnie ukaże się w "Gazecie Wyborczej" 4 czerwca, czyli w dwudziestolecie pierwszych wolnych wyborów;
- ostatnia sesja nagrywająca moje wypowiedzi odbyła się w połowie maja b.r. i wreszcie rozmowa dotyczyła według mnie właściwego tematu artykułu; to dzięki ponownym zapewnieniom, że taki temat zostanie utrzymany i że publikacja będzie w tak ważny dla całej b. opozycji dzień zgodziłam się wreszcie na zdjęcia;
- w czasie sesji zdjęciowej nagle dowiaduję się, nie od autora, ale od fotografującej mnie fotograf, że obiecany termin publikacji prawdopodobnie nie zostanie utrzymany; wówczas odzywa się we mnie pierwszy alarm, że "coś tu nie gra";
- autor zjawia się u mnie 3 czerwca w celu autoryzacji tekstu; jest on nie do przyjęcia: jest to sensacja o "transseksualnym" odmieńcu, która napisana jest w 70% z końcówkami męskimi czasowników (i przed "zmianą" moja mowa wewnętrzna była tylko żeńska), uwypuklenie dwóch niezależnych postaci w jednym ciele bez wyjaśnienia, że całe te przedstawienie wymyślił autor mogło sugerować dla każdego psychiatry, czy psychologa, że opisana osoba ma po prostu schizofrenię, a moja działalność stanowiła tylko dodatek do przeważających w artykule seksualnych sensacji; przyniesiony też mi został także projekt okładki DF, z tym samym, co się ukazało zdjęciem, lecz tekstem (o czasowniku męskoosobowym), odwołującym się do seksualnych aspektów sprawy; poczułam się wówczas, że dla zwykłej poczytności gazety przedstawiono mnie jak "seksualny obiekt zoologiczny".
- 4 czerwca, to nie był dla mnie dniem święta 20-lecia pierwszych wolnych wyborów, lecz horroru - jak zapobiec publikacji artykułu o treści sprzecznej z moim poczuciem własnego "ja", ilość telefonów, które w tym dniu wykonałam, między innymi do autora tekstu świadczyła o realnym dla mnie poczuciu niebezpieczeństwa. W rezultacie poszłam na kompromisy pod warunkami, z których najważniejsze były:
1. Zmiany treści na okładce na odnoszącą się do spraw pozaseksualnych;
2. Likwidacji wszelkich końcówek męskoosobowych czasowników, które autor artykułu przypisał mnie - ja zawsze byłam tą samą postacią, a moja mowa wewnętrzna była i przedtem kobieca;
3. Likwidacja w tekście najbardziej intymnych sensacji o mnie i zmniejszenia objętości treści poświęconej sprawom płci i seksu.
4. Wyjaśnienie przez autora, że forma artykułu polegająca na wewnętrznej rozmowie dwóch postaci to wyłącznie jego pomysł.
- 5 czerwca, pomimo mego protestu ukazuje się "stara" okładka w "Gazecie Wyborczej" w zapowiedziach DF
- 6 czerwca otrzymuję od autora telefon, że moje poprawki zostały uwzględnione, a tekst pójdzie do druku; nie wierzę już w słowa - żądam przeczytania go i autoryzacji; po południu otrzymuję poprawiony podobno tekst: dalej około połowa czasowników w tekście była męskoosobowa, część bardzo intymnych szczegółów pozostała, dalej nie zgadzało się wiele opisanych faktów z tym, o czym mówiłam w wywiadzie, zmiana treści okładki polegała tylko na tym, że końcówka męskoosobowa czasownika została zamieniona na żeńskoosobową, a wydźwięk seksualny pozostał; właściwie został spełniony tylko podany powyżej pkt. 4 - w postaci znanej już z wydrukowanego artykułu.
W nerwowej atmosferze, gdyż autor protestował na każdą moją ingerencję, wprowadzam zmiany i autoryzuję wreszcie tekst wraz z nimi. Aby być pewna ich wprowadzenia dodatkowo wpisuję na zautoryzowanym egzemplarzu, to, czego w tekście nie życzę kategorycznie, a całość zostaje zeskanowana.
- 7 czerwca znów zaczynają się telefoniczne targi na temat treści napisu na okładce, choć wydawało mi sie, że poprzedniego dnia został już on ustalony; znów próbuje się tak zmienić jego treść, aby jednak uzyskać to, że na okładce zostanie uwypuklona seksualna sensacja; wszystkie te targi wywołują już we mnie wręcz uczucia agresji względem manipulatorów; wreszcie za następnym telefonem treść okładki zostaje ustalona, a 8 czerwca ukazuje się jej zapowiedź w nowej formie;
- 10 czerwca ukazuje się artykuł; odbiega on w kilku miejscach od tego, co autoryzowałam, a zamiast moich nieuwzględnionych poprawek otrzymuję protesty od tych, którzy mi przypisują rozmijanie się niektórych, zawartych w nim faktów.
Cóż, całe dorosłe życie poświęciłam walce o godność istoty ludzkiej, o poszanowanie w niej czegoś niezbywalnego, danego przez Stwórcę. Czy czasy, które wartość tej istoty przelicza się na pieniądze, a w tym przypadku na ewentualne zwiększenie poczytności, gdy tą godność rozmieni się na tanią sensację są tymi, o których marzyłam? Na pewno nie! Jestem kobietą i kategorycznie nie zgadzam się na przypisywanie mi męskiego "ja" - teraz i przeszłości. Spójność i ciągłość wizerunku własnego "ja" u takich osób jak ja, to nie żadne wymysły lecz potwierdzone badaniami naukowymi fakty. A sprawy korekty płci powinny być traktowane jak każdy biologiczny defekt człowieka - jeden urodził się z niewładną kończyną, drugi garbaty, a ja z mózgiem kobiety, a ciałem mężczyzny. I o to mi chodzi, o to będę walczyć niezależnie od potrzeb karmionego sensacjami tłumu. Taki, według mnie, powinien być przekaz artykułu, gdyż większość osób ma swoje mniej lub bardziej widoczne defekty - słabe strony. Czy są więc one odmieńcami?
Ewa Hołuszko
Ewa Hołuszko - Skończyła Wydział Elektryczny Politechniki Warszawskiej, także podyplomowo Fizykę i Pedagogikę na Uniwersytecie Warszawskim. Obecnie posiada absolutorium pełnych studiów na Wydziale Psychologii UW w specjalizacji neuropsychologia oraz psychoterapia. Praca magisterska dotyczy porównania cech osobowości i temperamentu osób heter- i homoseksualnych obu płci oraz tych, którzy przebyli niegdyś korektę płci. Poświęciła dużą część swego życia działalności społecznej. Przed 1989 r. była związana z opozycją demokratyczną, a w okresie stanu wojennego ukrywała się i współtworzyła i kierowała Międzyzakładowym Komitetem Koordynacyjnym - organizację podziemną obejmującą Warszawę i jej okolice. Po 1990 r. zajmowała się problematyką mniejszości narodowych w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, a w 2007 r. wchodziła w skład Komitetu Doradczego do spraw przeciwdziałania dyskryminacji przy min. J. Kluzik-Roztkowskiej. Reprezentowała też kilkakrotnie Enar-Polska na konferencjach dotyczących przeciwdziałania ksenofobii i nietolerancji w państwach UE. Pasjonuje ją historia, geografia, a przede wszystkim sprawy i ruchy społeczne, czynnie zaś turystyka, zwłaszcza góry i ochrona przyrody.
|
dnia 20/06/2009
O tym, jak media potrafią przeinaczyć i spłaszczyć problemy, wiemy niestety nie od dziś.
Gratuluję Pani odwagi i siły, życzę energii w walce o godność! |
dnia 20/06/2009
Cambridge wybrało transeksualistkę na burmistrza:
http://www.msnbc.msn.com/id/18866534/
Edukacja, edukacja, edukacja! |
dnia 21/06/2009
...tak edukcja... tylko jeszcze żeby dożyć tych rlepszychr1; czasów... wkleiłam komentarz Ewy na stronie Gender Studies UW: http://www.gender.uw.edu.pl/node/832 lecz mam poczucie, że to o wiele za mało niż trzeba, można, powinno się zrobić... |
dnia 21/06/2009
:-) A tak gwoli ścisłości - to krytykę "p. Tomasza Sikory", a nie "p. Marka Sikory". ;-) |
dnia 22/06/2009
Czytałam ten reportaż... uważam, że był kiepski. Teraz rozumiem, dlaczego, skoro autor próbował na siłę i wbrew woli jego bohaterki "zrobić" inny temat.
Pani Hołuszko bardzo współczuję przejść z tym reportażem. Pozdrawiam! |
dnia 22/06/2009
...zawsze to samo... pomimo pozorów autor nie wychodzi poza schemat znany z wielu brukowych publikacji: byl chlopiec -> jest dziewczynka - > oj dziwuj się, dziwuj narodzie... tymczasem jest to wyraźna odmowa uznania, uszanowania drugiego człowieka w jego złożoności i istocie, odmowa gorzka - na poziomie tożsamości, na poziomie uznania prawa do istnienia ja jako Ja, które nieodmiennie na tym świecie jest skojarzone z płcią... to zjawisko znane jest chyba wszystkim (...50%...) bohatersko walczącym o przysłowiowe końcówki... choć w mniejszym rzecz jasna stężeniu i upraszczając nieco - moim zdaniem to jest właśnie to - permanentne pomniejszanie i odbieranie wartości za pomocą dyskursu/kategorii płci |
dnia 22/06/2009
Pani Ewo! Gratulacje za odwagę i nieludzka siłę. Wspolczuje historii z mediami, niby wiadomo, ze zawsze to robia, ale tym razem wydaje sie to znacznie bardziej bolesne niz zwykle. Bardzo się cieszę, że mogłam przeczytac Pani komentarz, bo wreszcie zrozumiałam o co chodzi. Reportarz sprawial rzeczywiscie wyjatkowo dziwne wrazenie, i musze powiedziec, ze faktycznie sugerował schizofrenię. Nie ma nic wstydliwego w schizofrenii, ale dlaczego przyklejac ją komus, komu akurat nie dolega, tylko dla dziennikarskiego efektu?
Pozdrawiam serdecznie
K.B. |
dnia 22/06/2009
chyba chcialam napisac reportaz, ale ten reportaz na mnie tak podzialal, ze zapomnialam jak to sie pisze;-/ |
dnia 22/06/2009
a moze jednak nie? o matkooooo.... |
dnia 25/06/2009
Pani Ewo! O Pani działalności dowiedziałam się dopiero z omawianego tu reportażu - i dlatego cieszę się, że powstał. Mam wrażenie, że "Marek" to de facto głos samego Hugo-Badera, zmagającego się z niewiedzą, lękiem przed czymś co postrzega jako odmienność i nieumiejętnością opisania swoich odczuć. Szkoda, że tekst sprawił Pani przykrość - bo od strony emocjonalnej zrobił na mnie ogromne wrażenie, wzbudził mój podziw dla Pani działalności, dla Pani życiowej postawy w ogóle. Dziękuję za Pani odwagę opowiedzenie tej historii - oraz za autograf z Parady Równości :) To dla mnie bardzo cenna pamiątka. Pozdrawiam serdecznie! |
|
|
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
|
|