|
|
|
Urealnić kobiety |

Urealnić kobiety
Wystąpienie Agnieszki Graff
Kongres Kobiet Polskich
21 czerwca 2009
Opublikowane 22 czerwca w Gazecie Wyborczej
Mam do powiedzenia trzy rzeczy, a każda z nich jest na swój sposób kłopotliwa i trochę w poprzek naszych dotychczasowych obrad.
Pierwsza dotyczy kobiecej jedności - i dlaczego ja w tę jedność wątpię. Druga dotyczy mężczyzn: dlaczego ich tu nie ma - albo prawie nie ma - i dlaczego jednak są. Trzecia dotyczy upolitycznienia religii, czyli kwestii, o której w Polsce zbyt często się milczy.
Zanim jednak zacznę rozrabiać i bruździć, muszę wam się przyznać do wzruszenia. Wielkiego wzruszenia. Chwilami mam wrażenie, że śnię. Sala Kongresowa pełna kobiet? Wielka kobieca debata o prawach kobiet w 20-lecie demokratycznego przełomu? Niemożliwe. A jednak możliwe! Ten kongres jest spełnieniem moich marzeń, a jestem pewna, że to dopiero początek.
Jedność kobiet? Niezupełnie
Pod koniec lat 60. feministki ukuły hasło "Sisterhood is powerful" [Siostrzeństwo jest potężne], ale już po paru latach zaczęto wątpić w jego prawdziwość. Zaczęły się nieuchronne rozłamy, spory, waśnie. "Sisterhood is impossible" - kpiono.
Siostrzeństwo, jedność ponad podziałami to utopia. Piękna, ale groźna. Jeśli w nią uwierzymy, czeka nas rozczarowanie. Prędzej czy później ktoś nas oskarży o to, że uzurpujemy sobie prawo do mówienia w imieniu kobiet, o których życiu nie mamy pojęcia. Nie jesteśmy ich siostrami ani nawet kuzynkami. Kobiet, które różnią się światopoglądem, przynależnością religijną, rasową, kulturową, orientacją seksualną, priorytetami, a także - co istotne - zasobnością i dostępem do życiowych szans.
Obawiam się np., że królujący na tej sali optymizm na temat sukcesu ekonomicznego kobiet po 1989 r. to wynik naszej uprzywilejowanej pozycji społecznej.
Podam jeden przykład. Wczoraj mówiono tu często i radośnie o przedsiębiorczości Polek - prasa donosi, że 35 proc. menedżerów to kobiety. Otóż warto pamiętać, że lwia część tych firm to firmy jednoosobowe. Zatem chodzi tu w dużej mierze o pracę na własny rachunek. Kobiety wybierają tę drogę, by ominąć bariery, jakie stawia im dyskryminujący rynek pracy. Często też założenie firmy wymuszają na nich pracodawcy, a samozatrudnienie wiąże się z brakiem osłon socjalnych. Czasem jest to "sukces", ale chyba częściej - trudna konieczność.
Zamiast o kobiecej jedności ponad podziałami mówmy więc raczej o kobiecej solidarności. Debatując o transformacji, pamiętajmy o wykluczeniu, jakie dotknęło masę ludzi - ocenia się tę grupę na 30 proc. Polaków, a kobiet jest tu więcej niż mężczyzn - szczególnie wykluczone są te samodzielnie wychowujące dzieci.
Jako kobiety miewamy wspólne interesy, ale przecież nie jesteśmy jednością. Kobieta pracodawczyni nie jedzie na jednym wózku z kobietą, którą zatrudnia. Tu jest realny konflikt. Zamożna kobieta, która korzysta z prywatnej służby zdrowia, niewiele wie o sytuacji pielęgniarek żyjących z głodowych pensji. Musimy słuchać się nawzajem, nie zakładając, że usłyszymy echo własnych poglądów, nie uciszając tych, które mówią coś, co nie mieści się w horyzoncie naszych doświadczeń.
Transformacja ma wiele twarzy. Kobiety, którym się powiodło, mają zobowiązania wobec tych, które zostały zepchnięte na margines. Henryka Bochniarz wspominała wczoraj, że nie wie, na czym we współczesnej Polsce miałaby polegać lewicowość. Otóż właśnie na tym, by dostrzec nierówności - także te między kobietami. I zająć się ich niwelowaniem.
Moja druga refleksja dotyczy wielkiego nieobecnego naszego kongresu, czyli mężczyzn.
Rozumiem, dlaczego ich tu nie ma. Od 20 lat działam na rzecz równości płci i cenię sobie czysto kobiece spotkania - ich szczególną atmosferę, swobodę, uważność. Jestem zmęczona protekcjonalnym tonem, lekceważeniem i dobrymi radami, z jakimi mężczyźni wpadają na spotkania poświęcone nierówności płci. Dają do zrozumienia, że oni zrobiliby ten cały feminizm dużo lepiej. Zadają pytania w rodzaju: chyba nie chcecie nas zmusić do karmienia piersią? Na osłodę dodają, że ładnie wyglądamy. Czysto kobiecy kongres pozwolił nam nie tracić czasu na tego rodzaju dialogi. Poczułyśmy naszą siłę, kompetencję, kobiecą wspólnotę.
Pamiętajmy jednak, że do równości - jak do tanga - trzeba dwojga. Bez mężczyzn ani rusz - bez ich dobrej woli, wysiłku, świadomości, że równość im także się opłaca. Że tu chodzi o lepszy, sprawiedliwszy świat.
Dlatego postuluję: zawalczmy także o ich stronę równości. Domagajmy się - oprócz parytetów, które wzmocnią pozycję kobiet w sferze publicznej - mechanizmów, które wzmocnią rolę mężczyzn w sferze domowej. Np. prawdziwych urlopów ojcowskich z prawdziwego zdarzenia. Nie opcjonalnych czterech tygodni, które kobieta może oddać mężczyźnie ze swego urlopu macierzyńskiego, ale niezależnego, pełnowartościowego urlopu tylko dla ojca. Niech to będą dodatkowe dwa miesiące, które para traci, jeśli ojciec nie zdecyduje się zostać w domu z dzieckiem.
Ustawodawca już planuje pewne zmiany - ale zbyt ostrożnie. Od stycznia 2010 r. ojcu przysługiwać będzie tzw. urlop ojcowski w wymiarze jednego tygodnia. W 2012 r. nastąpi rewolucja - tata dostanie już dwa tygodnie. To śmiesznie mało. Zwłaszcza że ma to być urlop - uwaga! - równoczesny z macierzyńskim. Czyżbyśmy tak mało ufali mężczyznom, że boimy się zostawić ich sam na sam z własnymi dziećmi? Ustawodawca jest wobec polskich ojców nieufny. Proponuję, by kongres spróbował go ośmielić.
A na razie doceńmy tych mężczyzn, którzy zostali w domu z naszymi wspólnymi dziećmi, podczas gdy my obradujemy o równości płci. Doceńmy też manifest feministów napisany specjalnie na nasz kongres przez prof. Wiktora Osiatyńskiego, a podpisany już przez kilkudziesięciu znanych mężczyzn. Ukazał się już na łamach "Gazety Wyborczej" [20 czerwca br.], ale pozwolę sobie przytoczyć kilka zdań z tego pięknego, mądrego tekstu:
"Jestem feministą, ponieważ wiem, iż nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne. ( ) Jestem feministą, ponieważ wiem, że w większości kultur współczesnego świata małżeństwo sprowadza się do tego, iż kobieta wobec wybranego mężczyzny wyrzeka się tych środków ochrony przed przemocą i gwałtem, jakie przysługują jej wobec obcych ludzi. ( ) Jestem feministą, ponieważ marzy mi się świat ludzi prawdziwie równych, bez względu na płeć, rasę, wyznanie, orientację seksualną lub jakąkolwiek inną przyczynę. Jestem feministą, ponieważ wiem, że nierówność płci czyni mnie samego gorszym i odziera także mnie z godności. Wierzę zatem, że jeśli będziemy się traktować z równym szacunkiem, to będzie lepiej nie tylko kobietom, ale także mężczyznom".
Dziękujemy! Doceniamy. Naprawdę doceniamy.
Na koniec kilka uwag o polityce. O trudnej, bolesnej polityczności kwestii kobiecej. Parytety są ważne i potrzebne. Jestem za, podpiszę każdą petycję. Ale dyskusja o kobietach i polityce to nie jest tylko debata o tym, ile procent nas jest w parlamencie czy rządzie. Dużo ważniejsze jest to, by rozumieć, jak nasze prawa i interesy są przez polityków rozgrywane, instrumentalizowane. Jak unieważnia się interesy kobiet. Jak, nie pytając nas o zdanie, podporządkowuje się nasze sprawy sprawie narodowej czy tzw. wyższym wartościom. Musimy znaleźć sposoby, by się tym procesom przeciwstawić.
To nie jest problem czysto polski. Tak dzieje się wszędzie tam, gdzie rośnie w siłę nacjonalizm sprzężony z fundamentalistycznymi formami religii. W wielu miejscach na świecie życie kobiet, ich prawa, ich wolność okazują się wtedy przeszkodą na jedynie słusznej drodze obranej przez wspólnotę. Kobieta staje się odrealnionym, uwznioślonym symbolem. A realne kobiety - pionkami przesuwanymi po politycznej szachownicy. Nagle okazuje się, że honor narodowej wspólnoty, "tradycja" czy "specyfika kulturowa" wymagają od kobiet poświęceń, zasłaniania twarzy, rezygnacji z podstawowych praw. Kobiety są w imię tak pojętego honoru bite, okaleczane, zabijane.
Zmagając się z tymi procesami, światowy ruch kobiecy posługuje się kategoriami praw człowieka. Hasło "prawa kobiet są prawami człowieka", które towarzyszyło IV Światowej Konferencji ONZ w sprawie Kobiet (Pekin 1995), do dziś przyświeca działaniom ruchu kobiecego na świecie - to hasło nie jest truizmem, lecz bronią polityczną. Bowiem przemoc wobec kobiet, niszczenie ich godności, ograniczanie ich swobody odbywają się w poczuciu, że kobiety to nie obdarzone niezbywalnymi prawami jednostki, lecz coś w rodzaju zasobu naturalnego, własność wspólnoty. Kobiety okazują się zawsze czyjeś, zwłaszcza podczas wojen czy konfliktów. Naszych się pilnuje, ogranicza ich wolność, okrutnie karze za przejawy autonomii. Cudze się gwałci. W imię wartości religijnych, narodowych, kulturowej tradycji z "naszymi kobietami" mężczyźni robią rzeczy urągające ludzkiej godności.
Warto tu podkreślić, że zagrożeniem dla praw kobiet nie jest religia jako taka, lecz religia podporządkowana polityce. Zwłaszcza religia uwikłana w nacjonalizm. Bóg nie ma tu nic do rzeczy. Wiedzą to katoliczki, muzułmanki, protestantki, żydówki, ateistki i agnostyczki. Gdy podważa się zasadę rozdziału instytucji państwowych i religijnych, gdy prawa grupy stawia się ponad prawami jednostki, kobiety są szczególnie zagrożone.
Podczas kongresu raz po raz przewijał się temat praw reprodukcyjnych. Helena Łuczywo w filmie otwierającym kongres mówiła, że jest przeciw obecnemu prawu antyaborcyjnemu. Maria Janion i Izabela Jaruga-Nowacka przypomniały, że wprowadzono je z pominięciem zasad demokracji. Olga Krzyżanowska apelowała do mężczyzn, by zostawili te sprawy nam, kobietom.
Cieszę się, że te słowa padły. Nie uciekniemy przed tym tematem. Możemy mieć rozmaite poglądy na temat aborcji - ale jest faktem niezaprzeczalnym, że obecne restrykcyjne prawo, zakaz ingerujący w najintymniejszą sferę życia, przyczynia się do wielu ludzkich dramatów. Polscy fundamentaliści mają wobec nas dalsze plany - dążą przecież do zakazu in vitro. W imię swoich przekonań politycznych i religijnych chcą milionom ludzi odebrać prawo do starania się o upragnione dziecko.
Jak mówiła wczoraj prof. Janion, polska wspólnota narodowa to w wymiarze symbolicznym męska wspólnota uświęcona przez pewien uwznioślony obraz kobiety - matki panów braci. Nie dla niej nowoczesna medycyna. Nie dla niej prawo wyboru. Ona jest świętością obdarzoną prawem do cierpienia.
Jesteśmy zakładniczkami tych wspólnotowych fantazji. Politycznych i religijnych. Istnieje w tych wizjach naród i kobieta jako symbol, narodowa świętość. Nie istniejemy natomiast my: realne kobiety, obywatelki, podmioty praw. Ten kongres odbywa się po to, by nas urealnić.
Dr Agnieszka Graff pisarka, publicystka, wykładowczyni. Autorka książek: "Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publiczym" (W.A.B. 2001) nominowanej do Nagrody Literackiej NIKE, i "Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie". Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim: w Ośrodku Studiów Amerykańskich i na Gender Studies, oraz w Collegium Civitas. Jest związana z Krytyką Polityczną i z Helsińską Fundacją Praw Człowieka; współzałożycielka Porozumienia Kobiet 8 Marca; autorka licznych artykułów naukowych o historii amerykańskiego feminizmu, a także tekstów publicystycznych - publikowała w "Gazecie Wyborczej", "Rzeczpospolitej", "Res Publice Nowej", "Zadrze".
|
dnia 23/06/2009
głęboko prawdziwe słowa dla wszystkich kobiet ( w całej naszej różnorodności ) - dlatego był taki porywający aplauz w kongresowej !!! |
dnia 23/06/2009
Ja wierzę w różnorodność kobiet w jedności siostrzeństwa.
1. Bez jedności nie byłoby żadnej solidarności.
2. Jedność nie oznacza identyczności.
3. Wszystkie kobiety w swojej różnorodności mają wspólne styczne i interesy, o które walczą.
Dla mnie siostrzeństwo z innymi kobietami wynika z samego faktu bycia kobietami. "Rozłamy ideologiczne" tego faktu przynależności płciowej nie zmieniają.
Ute Ehrhardt napisała, że kobiety i mężczyźni grają w dwóch drużynach. Rozwijając tą myśl: RÓWNOŚĆ = SIOSTRZEŃSTWO + BRATERSTWO. I chcę, żeby obie drużyny były równie silne. Bo wtedy mecze są o wiele bardziej pasjonujące...  |
dnia 24/06/2009
Być może te nasze wykluczenia nauczyły nas słuchać, każdego rodzaju wykluczenia, również te najbardziej drastyczne, które do słuchania i tylko słuchania przymuszają, choć nie przypisuję im rzecz jasna żadnej zasługi. A słuchać z uwagą, to chcieć zrozumieć. Podczas wystąpienia Agnieszki Graff, przez małą chwilę pożałowałam, że nie ma na sali mężczyzn, niechby posłuchali! ... ale nie - w dużej grupie nie potrafiliby zapewne wysłuchać z uwagą żadnego wystąpienia, a cóż dopiero TEJ feministki. Tym razem dobrze się stało, że zostali wykluczeni , choć do tanga, do równości, trzeba dwojga! I kto to powiedział? Naczelna feministka Polski!
Tylko do jednego fragmentu wystąpienia chciałabym się odnieść - do tych 35% kobiet - menedżerów! Przydałoby się jakieś solidne badanie tego fenomenu. Coś mi się wydaje, że jeśli zostanie z tego 5% - tych, które mają rzeczywiście rozbudowane firmy - to będzie dużo. Reszta, do których się zaliczam, a znam takich jak ja całe mnóstwo, to pożal się Boże jednoosobowe twory, bo nie firmy, w ramach których wykonujemy pracę dla innych, prawdziwie wielkich firm, aby się utrzymać, przeżyć, a często utrzymać również bezrobotnego męża i dzieci. Fakt, jesteśmy cholernie pracowite! Pięćdziesięcioletni mężczyzna wykluczony z rynku pracy zazwyczaj się załamuje, chowa, ukrywa przed całym światem fakt, że stracił pracę, szczególnie ten lepiej wykształcony. Często brakuje mu odwagi, by podjąć pracę jakąkolwiek, nie chce, to go poniża, uważa, że to poniżające. Nie będę pracował za tysiąc złotych - mówi. I nie pracuje. A my pracujemy - za tysiąc zł.
Przepraszam za uogólnienie, ale osobiście znam wiele takich przypadków. Mężczyzny nie poniża fakt, że jego żona pracuje za tys. zł - nawet ten najlepszy pewnie uważa, że tak jest i już, nie zastanawia się nad tym. On również jest ofiarą nierówności i stereotypów, które zmuszają go do ukrywania przed własnymi dziećmi swojego bezrobocia.
Nasze dążenia są również dążeniami o zmianę świadomości naszych partnerów, w szerokim pojęciu tego słowa, bo przecież są naszymi partnerami i chcemy, by nimi byli. |
dnia 25/06/2009
momo2000,
gdybym ja zarabiając tysiąc zł usłyszała od mojego partnera, że on woli być bezrobotnym i - za przeproszeniem - siedzieć i pierdzieć w stołek, bo praca za tysiąc zł jest dla niego poniżająca, natychmiast skopałabym mu ten tyłek ze stołka razem z jego rozdymanym ego. Powód? Po pierwsze, nie przynosi nawet tego tysiąca zł żeby razem z moim tworzyły dwa i było nam o połowę lżej. A po drugie, okazuje swoim podejściem poniżający brak szacunku do mnie i do wszystkich osób zarabiających tylko tyle, a właśnie to dzięki moim tys zł ma co jeść, gdzie spać i gdzie użalać się nad sobą.
Rozumiem moment zaskoczenia "straciłem pracę", kilka dni na odpoczęcie i zastanowienie się, co dalej, jaki plan. Nie zawahałabym się wtedy nawet przez chwilę, by powiedzieć mu prawdę: nie utożsamiaj w tym momencie straty pracy ze swoim poczuciem wartości jako człowieka. Nie ty jeden straciłeś pracę, dasz radę znaleźć inną.
...Ale użalanie się nad sobą przy jednoczesnym egotyzmie "co to nie ja, za tys zł pracował nie będę"?! Do cholery, jest ciężko, jest kryzys, znam mnóstwo ludzi pracujących w granicach najniższej krajowej, ale to nie znaczy, że ja mam się zaharowywać za dwoje, podczas gdy on nie przynosi nawet tego tys zł, którymi tak gardzi, a które mógłby mieć podejmując pracę!
Gdyby miał tak poniżające mnie podejście, nawet nie zastanawiałabym się, czy chcę, by był moim partnerem. Odpowiedź brzmiałaby: NIE. Dla mnie byłoby jasne, że on, zamiast patrzeć na to, by nam razem było lżej, patrzy tylko na siebie, cackając się z własnym poczuciem wartości, które musi dla niego wynosić więcej niż 1000, a wynosi równe 0. Już lepiej byłoby dla niego samego, by wynosiło chociaż ten 1000. |
dnia 25/06/2009
PS. Jestem daleka od brania odpowiedzialności za rozwój mężczyzn. Dobrze wiedzą, co jest nie tak i dobrze wiedzą, co jest do zmiany. Przez 100 lat trwania feminizmu się nasłuchali. Sedno tkwi w tym, że oni nie chcą żadnych zmian, bo oni już mają wszystko, czego potrzebują. Ergo? Jestem daleka od brania odpowiedzialności za rozwój mężczyzn. Nie są dziećmi. Działanie mówi więcej, niż słowa. Same zmiany kobiet wymuszają zmiany mężczyzn. Ale nie łudzę się - nie zmieni to ich mentalności i tęsknoty za życiem kosztem kobiet ( patriarchatem ), kiedy go zwalczymy. Jeśli kiedyś było tak łatwo, lekko i przyjemnie, bo to inni odwalali czarną robotę, ma się ochotę na powrót do patriarchalnego status quo. |
dnia 26/06/2009
Splin, no pewnie, że masz rację. Chciałam tylko zwrócić uwagę na fakt, że nasza sytuacja, czyt. kobiet, jest właśnie taka, że ten tak ukochany przez wielu model rodziny katolickiej, w której Pan mąż ją utrzymuje i haruje jak wół, byle dzieciaki i żonę wyżywić, jest wart mniej niż zero, psu na budę, kłamstwem, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. I znów, przepraszam za uogólnienie - jest przecież wielu wspaniałych facetów itd.
Ale problem świadomości mężczyzn istnieje, czy tego chcemy czy nie. Możemy nie brać odpowiedzialności za rozwój mężczyzn, wcale mi się nie chce brać na barki jeszcze i tego - rzecz w tym, że ich świadomość sama się nie zmieni. Nie mam pojęcia, jak dokonać rewolucji myślowej rodzaju męskiego; może i kopem w tyłek, ale jak go kopniesz, to zrobisz sobie z niego wroga, a najgorsze, że nie zawsze możesz to zrobić, bo choćby dzieci... Zresztą, obserwuję też inne zjawisko - mężczyźni, niektórzy!, jakby na usprawiedliwienie, chętnie przejmują obowiązki domowe; piorą, gotują, zmywają... To zresztą bardzo ciekawe zjawisko socjologiczne; odwrócenie ról powoduje, iż ci panowie mają dokładnie takie same problemy psychiczne jak wcześniej ich panie; czują się niedocenieni, są zmęczeni całodobowym dreptaniem, a w dodatku końca tej roboty nie widać, no i jest nieodpłatna. Ha, ha - czasami sobie myślę, że każdy powinien przejść taką szkołę, tyle że ja sama patrzę na takich facetów jakby mniej przychylnym wzrokiem. Muszę przyznać, że mam z tym problem. Czuję przez skórę, że powinnam być bardziej wyrozumiała, tymczasem NIE JESTEM, jak i ty.
 |
dnia 27/06/2009
momo2000,
z tymi wieloma wspaniałymi facetami też mam czasami sny... 
A tak w skrócie:
Co powiesz na PARTNERSKI ZWIĄZEK? Oboje zarabiają, oboje dbają o tą często nudną, ale dającą się szybko wykonać ( tym bardziej we dwoje ) codzienność domową? Nie wiem jak Ty, ja nie chciałabym mieć w facecie służącego, ponieważ sama nie jestem i nie dam z siebie zrobić nikomu służącej, więc patriarchalny model rodziny albo jego odwrócenie ( facet tylko w domu ) traktuję tak samo negatywnie.
Jeśli mam wątpliwości, odsuwam się od innych, nigdy od siebie. ( Świetnie mnie tego nauczyły książki Ute Ehrhardt ). Wiem też, że nadmierna wyrozumiałość - o której Ty piszesz - może być pierwszym krokiem do więzienia poświęcania się. Dlatego nie boję się, że odsuwając się od mężczyzny który chce mnie wykorzystać, zrobię sobie z niego wroga. Niewielka różnica - skoro z premedytacją próbuje żyć moim kosztem, już jest moim wrogiem. Miłości w tym przypadku z jego strony nie ma żadnej, a dzieci nie będą szczęśliwe mając nieszczęśliwą matkę. Więc z mojej strony po prostu jasno przedstawiam sprawy: podział ma być równy i gramy wobec siebie fair, albo decyduję o końcu. Ponieważ każdy inny układ na dłuższą metę u mnie się nie sprawdzi.
Nazywajmy rzeczy po imieniu: mężczyźni żyją kosztem kobiet z pełną świadomością tego stanu rzeczy, i każde cackanie się, wątpliwości i patrzenie na nich, a nie na siebie i inne kobiety - będzie dreptaniem w miejscu bez szansy na szczęście.
Daj spokój z dokonywaniem rewolucji myślowej rodzaju męskiego. Zajmij się własnym życiem! Kwestia stawiania warunków. |
dnia 30/06/2009
No i co tu powiedzieć na takie dictum?
Słuszna słuszność!
Pozdrawiam. |
|
|
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
|
|