|
|
|
Dzierzgowska: Rozmaryny, pluszaki i okupanci |
Rozmaryny, pluszaki i okupanci
Tekst: Anna Dzierzgowska
Agnieszka Graff opublikowała niedawno tekst o Polsce jako „kraju katolickim”, zatytułowany „Efekt magmy”. Pisze w nim między innymi: „Magma, w której wyziewach żyjemy, to stop upolitycznionego katolicyzmu z tożsamością narodową, tożsamością, dodajmy, a priori uznaną za jednorodną, niezmienną w czasie.” Dwa niedawne wydarzenia, oba z bliskiej mi dziedziny edukacji, jak w mikroskopowym preparacie pokazują, jak powstaje ta magma, a także – jak działa, rozlewając się coraz szerzej.
Pierwsze oglądałam na własne oczy. 30 listopada w auli Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego odbywało się wręczanie stypendiów Ministra Edukacji Narodowej i Stypendiów Prezesa Rady Ministrów najlepszym uczennicom i uczniom z Warszawy i okolic (gwoli wyjaśnienia: stypendia MEN-owskie dostaje niewielka grupka uczniów wybranych z całej Polski, mających szczególne osiągnięcia w nauce; stypendium premiera dostaje co roku w każdej szkole najlepszy uczeń lub uczennica, wskazany przez szkołę – podstawą do nominacji jest średnia ocen). Duża sprawa: na sali kilkaset osób (stypendyści i stypendystki wraz z rodzicami i nauczycielami), przedstawiciele różnych ważnych urzędów, mazowiecki kurator oświaty i chór złożony z uczniów i uczennic jednej z muzycznych podstawówek. Na ekranie cytat ze Stanisława Staszica: „Talent jest jak kawałek szlachetnego, ale surowego metalu: dopiero pilna praca go obrobi i wartość mu wielką nada” – taka maleńka próbka oświeceniowej publicystyki. Po obu stronach ekranu wiszą godła i duże krucyfiksy (jesteśmy na terenie katolickiej uczelni, cóż innego mogłoby tu wisieć?). Wszystko razem tworzy tę niepowtarzalną atmosferę szkolnej akademii, od której, przyznaję, zdążyłam się już odzwyczaić.
Dla zabicia czasu przeprowadziłam małe badanie statystyczne, które dało całkiem interesujące rezultaty. Otóż na Mazowszu stypendia Ministra Edukacji Narodowej uzyskało w tym roku trzydzieści osób: dwudziestu ośmiu chłopców i dwie dziewczynki; na uroczystym wręczaniu tychże stypendiów w MEN całą grupę reprezentowało osiem osób, sami chłopcy. Nieco inaczej rzecz się przedstawia ze stypendiami premiera. Podczas naszej uroczystości wręczono je ponad 250 stypendystkom i stypendystom; kiedy wyczytywano kolejne nazwiska, liczyłam chłopców – i naliczyłam ich w sumie siedemdziesięciu dwóch (to nie jest stuprocentowo dokładny wynik, ale proporcje dziewcząt i chłopców wśród nagrodzonych oddaje dobrze). Mimo że nagrodzonych dziewczynek było zdecydowanie więcej, nie muszę chyba dodawać, że do reprezentowania stypendystów na uroczystości w Kancelarii Premiera także wyznaczono chłopca?
Dysproporcja między płciami nie umknęła uwadze także zgromadzonych na sali przedstawicieli władz. Skomentował ją sam kurator, który pochwalił dziewczęta i dodał, że u niego w domu też wśród czworga jego dzieci przeważają córki.
Jeszcze zanim rozdano stypendia, zaśpiewały dla nas dzieci ze szkolnego chóru. Najpierw chór otworzył uroczystość fragmentem hymnu oraz pieśnią „Gaude, Mater Polonia”. Następnie dał mały koncert – i właśnie ten koncert był kulminacyjnym momentem całego wydarzenia. Rozpoczął się pieśnią „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani”. Następna była „Rota”, później powrócił repertuar wojskowy: „O mój rozmarynie, rozwijaj się”, „Szara piechota”, „Rozkwitały pąki białych róż” i na zakończenie „Hej, strzelcy wraz”; ta ostatnia piosenka była bodaj najmniej ponura, za to kończyła się wezwaniem „a kłuj, a rąb / i w łeb lub serce pal!”.
Słuchałam zafascynowana: zapomniałam, jakie bogactwo kryją w sobie polskie pieśni patriotyczne i żołnierskie. Wszystkie były, rzecz jasna, o śmierci za ojczyznę. Tylko w „Rocie” i w „Strzelcach” dopuszczono możliwość odniesienia jakiegokolwiek, choćby minimalnego sukcesu – jednak pod bardzo określonym warunkiem: „tak nam dopomóż Bóg!” („Rota”), „a lotem kul kieruje zbawca Bóg” („Strzelcy”). Wojna i śmierć zawsze okazuje się lepszą kochanką od śmiertelnej kobiety („Wojenko, wojenko, co za moc jest w tobie, / Kogo ty pokochasz, kogo ty pokochasz / W zimnym leży grobie”). Nie zabrakło perspektywy genderowej: „Rozkwitały pąki białych róż” opowiada o dziewczynie, która czeka, żeby jej Jasieniek wrócił z wojenki (słowo „wojenka” ma w sobie coś, co wywołuje dreszcze); czeka, rzecz jasna, na próżno, ponieważ Jasieniek leży już w mogile. Szczególnie perwersyjna jest pieśń „O mój rozmarynie”, w której cała opowieść o wojnie i śmierci jest projekcją uczuć i oczekiwań (pragnień?) podmiotu lirycznego. Rzecz zaczyna się zwrotką, w której narrator planuje oświadczyć się ukochanej („Pójdę do dziewczyny, pójdę do jedynej, zapytam się”), wiedząc z góry, co go czeka: „a jak mi odpowie – nie kocham cię / Ułani werbują, strzelcy maszerują / zaciągnę się”. I dopiero teraz następuje cały potok obrazów, dotyczących prawdziwej (czyli tej, która nastąpi po wstąpieniu narratora do wojska) przyszłości, kulminującej się w nieuchronnym: „Pójdziemy z okopów na bagnety / Bagnet mnie ukłuje, śmierć mnie pocałuje / ale nie ty.”
Wyobraźcie sobie to wszystko, śpiewane przez grupę poważnych (choć niezbyt zaangażowanych) dziesięcio- i jedenastolatków i jedenastolatek.
Tyle, na razie, jeśli chodzi o wydarzenie numer jeden. Wydarzeniem numer dwa była niedawna debata we wrocławskim liceum nr XIV, dotycząca obecności krzyży w szkole. Nie byłam jej świadkiem, czytałam relacje. Są jednoznaczne: zamiast zapowiadanej merytorycznej debaty, odbył się spektakl, podczas którego zarówno dwaj uczniowie i uczennica, postulujący usunięcie krzyża, jak i ich stronnicy, zostali zagłuszeni i wykpieni przez swoich przeciwników, przy aprobacie przynajmniej części nauczycielek i nauczycieli (żaden nie zasiadł podobno po stronie trójki protestujących) i pozostałych uczniów i uczennic. Prym w debacie wiódł ponoć szkolny katecheta, który na zakończenie rozdał protestującym zabawki: chłopcom pistolety na wodę, dziewczynie – różowego pluszaka.
W debacie takiej, jak ta nie mogło zabraknąć, i rzecz jasna nie zabrakło, argumentu „z patriotyzmu”. Według zapisu debaty, opublikowanego na stronach „Gazety Wyborczej”, jedna z uczestniczek mówiła: „Szkoła jest miejscem wychowania przyszłych pokoleń Polaków. To znaczy, że musi dbać o to, by nowe pokolenia pamiętały o polskiej tradycji, z którą niewątpliwie krzyż się wiąże. Nie można mówić o krzyżu wyłącznie jako o symbolu religijnym. To także symbol, pod którym Polska powstawała, rozwijała się, pod którym się jednoczyła i pod którym się wyzwalała z niewoli. Nie można o tym zapominać.”
„A to paruje bulgocząca magma, a my wdychamy jej mdłe opary” – pisze Agnieszka Graff. Słuchając dzieci, które śpiewały innym dzieciom o śmierci za ojczyznę, patrząc na transparent z cytatem z jednego z liderów polskiego oświecenia, wiszący obok krzyża, słuchając, jak pani z kuratorium cytuje „swój ulubiony” wiersz Tuwima o szkole (który generalnie jest o tym, że szkoła nie uczy niczego ważnego), doznawałam dziwnego rozdarcia. Z jednej strony przeraża mnie treść polskich pieśni patriotycznych. Jest w nich coś, co chciałoby się raz na zawsze przebić kołkiem osikowym, spalić, a popioły rozsypać na cztery wiatry. Z drugiej strony, to, na co patrzyłam, w jakimś sensie było jeszcze gorsze: oto bowiem na naszych oczach odbywało się, tak typowe dla działania polskiej szkoły, odzieranie symboli z wszelkiej realnej treści, zderzanie ze sobą, mechaniczne i bezrefleksyjne, elementów różnych, często przeciwstawnych tradycji i porządków symbolicznych i stapianie ich w magmę, o której pisze Graff. W ten sposób bynajmniej nie uwalniamy się od ciążących nad polskim dyskursem symboli, przeciwnie, pozwalamy aby stawały się zaklęciami, z którymi już nie sposób wejść w dyskusję, ponieważ pozbawione są istotnej treści. A skoro nie będą już miały własnej treści, można im nadać dowolną i w dowolny sposób wykorzystać je w każdym sporze, dotyczącym wolności i władzy.
I to właśnie wydarzyło się we wrocławskim liceum, a świadczy o tym najlepiej argument „z patriotyzmu”. Ksiądz nań nie zareagował (kto jak kto, ale nasi współcześni okupanci, że użyję określenia Boya-Żeleńskiego, świetnie wiedzą, że dla nich pozbawienie krzyża znaczenia jest sprawą fundamentalnie istotną – historia uczy, że gdy owieczki zaczynają rozmyślać nad przesłaniem własnej wiary, chwieją się trony pasterzy), tak, jak szkoła nie zareagowała ani na niszczenie jej własnych uczniów, ani na gest księdza, który zastąpił argumenty. Wszystko to świadczy o sile naszych okupantów – a także o tym, jak wielkie korzyści przynosi im ich obecność w przestrzeni szkoły.
Powtórzę to z całą mocą: w sporze we Wrocławiu nie chodzi ani o krzyż, ani o wiarę, ani o patriotyzm. To spór o (ich) władzę i (naszą) wolność. A jego przebieg pokazuje, co się dzieje, kiedy słowa i symbole odarte zostają ze znaczenia i przemienione w magmę: z magmą nie można dyskutować, nie można w nią uderzyć; magma jest elastyczna i wchłonie każdy cios. Kiedyś wiara stanowiła podstawę rządu dusz – ale wiara zakłada możliwość herezji, a rdzeniem słowa „herezja” nieprzypadkowo jest greckie „haireo”, „wybieram”. Dziś heretyków nie pali się na stosie (nie mówię, że to akurat jest złe). Dzisiaj się ich i je wyśmiewa, odbiera im głos, pozbawia ich protest znaczenia a ostatecznie – pozbawia znaczenia całą otaczającą nas rzeczywistość. W wypranej ze znaczeń rzeczywistości kobiety i mężczyźni nie będą już mieli języka, żeby przemówić, żeby się ze sobą porozumieć, żeby móc dokonywać wyborów. Wtedy dopiero zacznie się prawdziwy rząd dusz.
W opublikowanej na stronach Krytyki Politycznej relacji dr Paweł Rudnicki zwraca uwagę na jeszcze jeden, niezwykle ważny aspekt tej historii – na zachowanie pozostałych uczniów i uczennic XIV LO, świadków debaty. Pisze: „Młodzi ludzie, którzy kilka razy zostali nazwani intelektualną elitą (wszak uczą się w jednej z najlepszych polskich szkół), przyszłymi elitami kraju, nawet nie próbowali doszukiwać się motywów działania trójki swoich znajomych. Odegrali rolę gawiedzi na jarmarku, którą wodzirej-katecheta posługiwał się wedle swoich zamiarów. Nie zareagowali inaczej niż śmiechem, kiedy infantylizował ich rówieśników, kiedy ośmieszał ich działania, kiedy upupiał ich prezentami na koniec debaty.” W moim przekonaniu, to właśnie im wyrządzono największą krzywdę. Nauczycielki i nauczyciele, ludzie, którzy powinni pomagać im w zdobywaniu wiedzy i umiejętności, uczyć ich, że ma znaczenie, to, co ludzie robią i jak się zachowują w przestrzeni publicznej i prywatnej, uczyć jak prowadzić debatę, opartą na argumentach, nie na zaklęciach – wydali ich w ręce okupanta.
Taką samą krzywdę wyrządza się w Polsce tysiącom innych dzieci w tysiącach szkół. Pozbawiając kulturę znaczenia i zamieniając ją w magmę, odbiera się nam najważniejszą, najbardziej własną przestrzeń wolności.
Jak ujął to pewien przewidujący pisarz, myślozbrodnia staje się niemożliwa, kiedy brakuje słów, aby ją popełnić. Nasi okupanci to wiedzą i dlatego dają nam pluszaki i plastikowe pistolety.
Anna Dzierzgowska - z zawodu nauczycielka, obecnie uczy historii w Wielokulturowym Liceum Humanistycznym w Warszawie. Wolontariuszka Amnesty International. Współredaktorka polskiego wydania podręcznika AI „Kulturowa tożsamość płci. Podręcznik dla trenerów”, współautorka raportu krytycznego Feminoteki "Ślepa na płeć. Edukacja rownościowa po polsku". Prowadzi warsztaty trenerskie, przygotowujące do prowadzenia zajęć z dziedziny praw człowieka.
Tekst przygotowany w ramach projektu fundacji Feminoteka „Gendermeria - analiza programów mediów publicznych i decyzji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz polityki edukacyjnej władz publicznych w zakresie przestrzegania polityki równościowej” finansowanego przez Fundację im. Stefana Batorego.
|
dnia 24/12/2009
Aniu,
o tym,że ten tekst powinien powstać wiedziałam od momentu,w którym relacjonowałaś wrażenia z rozdania tych nagród.Świetnie,że go napisałaś! |
dnia 25/12/2009
Zaskakująco dobry tekst jak na feminotekę. Miejscami nawet kawał solidnej maskulistycznej roboty. |
dnia 26/12/2009
Bardzo dobry i prawdziwy tekst o dusznym klimacie ( aurze "bulgoczącej magmy" w szkołach polskich.
( ok- sa nieliczne, gdzie pewnie jest inaczej )
Jednak w większości właśnie tak pojmuje się wychowanie młodych obywatelek i obywateli RP w państwowych (!) szkolach.
Dyrekcje, grona pedagogiczne przyjmują najprostszą (?), konformistyczna, spolegliwą ( w sensie podporzadkowania dominujacej religii) opcję dotyczacą wychowania (patriotycznego, obywatelskiego, seksualnego itd) polegajacą na zawłaszczaniu własnej wolnosci.
Tak, to jest polska rzeczywistość edukacyjna, zawsze uzależniona - obecnie od wpływów koscielnych, kiedyś od jedynie słusznej partii.
Dowodów na takie obecne funkcjonowanie oświaty jest mnóstwo - choćby krzyże w klasach lekcyjnych, nauka katechezy (2godz/tyg) w kazdej klasie, obowiązkowe obchody dnia papieskiego, obowiazkowe pielgrzymki przed maturą ( ostatnio tez np. pielgrzymki na rozpoczęcie roku szkolnego do miejsca lokalnego kultu obrazu świetego), organizowanie występów szkolnych poświeconych zwyczajom religijnym itd |
dnia 26/12/2009
ikonka 'sama' wyskoczyła !
i jeszcze taki 'drobiazg'
Dysproporcja między płciami nie umknęła uwadze także zgromadzonych na sali przedstawicieli władz. Skomentował ją sam kurator, który pochwalił dziewczęta i dodał, że u niego w domu też wśród czworga jego dzieci przeważają córki.
Tylko, ze (o czym być moze pan kurator nie wie ... )
- stypendium premiera nie dostaje przypadkowa/y uczennica/ń,
jak to sie dzieje z plemnikiem zapladniajacym komórkę jajowa, tylko jest to nagroda za wytrwałą pracę  |
dnia 26/12/2009
(i jeszcze kilka słów) "... za wytrwałą pracę i najwyższe w szkole wyniki w nauce" |
|
|
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
|
|