|
|
|
Zawadzka: O szkodliwości ofiar |
O szkodliwości ofiar
Tekst: Anna Zawadzka
Felieton ukazał się na blogu Feminizm i światło - to łatwo! na portalu lewica.pl
Tekst Dobra kobieta to martwa kobieta doczekał się wielu komentarzy na forach Lewica.pl (czytaj np. polemikę Foltyna: Kiedy feminizm maskuje prawdziwy problem… - przyp. red.) i Feminoteka.pl. Głosy polemiczne, które uważam za istotne, wymagające namysłu i odpowiedzi, krążą wokół zagadnienia tzw. wiktymizacji.
Wiktymizacja oznacza przedstawianie kobiet jako ofiar, nagłaśnianie ich krzywdy i uwypuklanie bezsilności. Pojęcie to używane jest pejoratywnie jako wskazanie, że krytykowane ujęcie kwestii kobiecej ma charakter jednostronny i ideologiczny. Szkodliwość wiktymizacji użytkownicy tego pojęcia argumentują na dwa sposoby: feministyczny i uniwersalizujący.
W obrębie feminizmu „wiktymizacja” uważana jest za niewłaściwą, bo:
- Przedstawianie ze szczegółami rozmaitych form przemocy oraz losów i przeżyć ofiary umacnia opisywaną sytuację, rysując ją jako jedyną możliwą lub jako trudną do zmiany.
- Sugestywność takiego opisu czyni kobiety jeszcze bardziej bezradnymi i sprawia, że wyjście z sytuacji przemocowej wydaje im się coraz mniej możliwe. Tymczasem rolą feminizmu jest wzmacniać subiektywne poczucie siły kobiet na tyle, by podejmowały próby jednostkowego i zbiorowego wyzwalania się z sytuacji opresji.
- Przedstawianie kobiet jako ofiar wzmacnia esencjalne postrzeganie płci nawet, jeśli nie jest to zamierzeniem przedstawiającej/go. Podtrzymuje przekonania o naturalnej słabości kobiety, czyniącej z niej potencjalną ofiarę i naturalnej sile mężczyzny czyniącej z niego potencjalnego agresora. Przekonania te konstruują genderową rolę mężczyzny jako opiekuna. Rola ta ma dwa oblicza: obrońcy, ale i kata.
- Przedstawianie kobiet jako ofiar sprawia, że znika z pola widzenia sieć innych współzależności i relacji władzy, także tych, w których kobiety – z racji przywilejów innych niż płeć lub z powodu innych gier genderowych - panują nad innymi. W efekcie wiktymizacja jest narzędziem uniewinniania kobiet, ideologicznym wymazywaniem kobiecej odpowiedzialności i przerzucaniem jej na barki mężczyzn.
- Skupiając się na jawnym i brutalnym przejawie hierarchicznych relacji międzyludzkich i relacji płci, jaką jest przemoc, wiktymizacja lekceważy inne, bardziej subtelne, formy dominacji. Rysując sytuację w kategoriach strukturalnych zależności kobiet od mężczyzn, bagatelizuje ten wymiar koegzystencji, który podlega negocjacjom, jest tworzony na równi przez obie strony relacji.
- Wreszcie wiktymizacja skupia się na skutkach przegranej gry o władzę lub niezależność, zamiast przedstawiać i analizować sam proces gry.
Rozumiem niechęć do oglądania kolejnych kobiecych ofiar. Zgadzam się, że obrazy te najczęściej odbierają dobre samopoczucie. By przeciwdziałać opresji trzeba jednak najpierw porządnie ją zdiagnozować. Potem wyciągnąć wnioski z diagnozy. Z których najważniejszymi będą przyczyny analizowanych zjawisk.
(...)
W istocie zarzut wiktymizacji nader często skrywa potrzebę zbawczej narracji, z których większość ma charakter usypiający. W najlepszym razie przynoszą one chwilową ulgę i przywołują falę marzeń o lepszym świecie. Dlatego staram się nie polemizować z feministycznymi Sienkiewiczami, dopóki ich zwolenniczki nie mylą postulatów z rzeczywistością.
Choć widzę potrzebę opowieści ku pokrzepieniu serc, obserwuję także ich skutki uboczne. Bajki o silnych bohaterkach, które walczą ze złem, mszczą krzywdy własne i naprawiają świat dla innych, by na końcu zostać sławne, piękne i bogate, potrafią przesłonić rzeczywistość także dorosłym. Wiele z nich to nowe wersje "Kopciuszka", przygotowane specjalnie na potrzeby kobiet, które chcą "mieć ciastko i zjeść ciastko": żyć jak wyemancypowane, niezależne kobiety, a jednocześnie cieszyć się przywilejami, które daje im patriarchat. Być tą, która co prawda nie spłoszy się wzrokiem księcia, będzie ją stać na taksówkę do domu, a w windzie zgubi nie pantofelek, lecz nowy model najka, ale rano będzie czekać na telefon od księcia i klakson jego beemy pod domem. Fantazja, by być piękną, bogatą i wygadaną kobietą, która głosi feministyczne poglądy, a mimo to kochają ją media oraz mężczyźni, ona zaś, oprócz pełnego sukcesów życia zawodowego, ma także szczęśliwe życie osobiste i wyposażona w wspierającego męża oraz cudowne, zdrowe dziecko ogłasza w wiadomościach kobiecą niepodległość, spełnia się jedynie w filmach.
Jeśli naszym celem jest poszerzanie wolności kobiet i projektowanie społeczeństwa opartego na równości, potrzebny jest przede wszystkim adekwatny, wyczerpujący opis rzeczywistości, którą chcemy zmieniać. Póki co niewiele w niej królowych i zwycięskich wojowniczek, stanowczo więcej postaci takich jak Aileen Wuornos z filmu "Monster", Vera Drake, bohaterki "Gwałtu", "4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni", "Wyśnionego życia aniołów", filmów "Nie czas na łzy", "Import/Export" czy "Plac Zbawiciela". Realizm tych opowieści przytłacza i przeraża. Bolą od niego oczy i bolą od niego brzuchy. A jednak nie nazwałabym ich wiktymizującymi, lecz trafną diagnozą przyczyn opresji. Wszystkie te filmy w przekonujący sposób pokazują, że o losach kobiet, zwłaszcza tych z niższych warstw społecznych lub z krajów leżących poza europejskim i amerykańskim dobrobytem, decydują czynniki, na które nie mają one żadnego wpływu lub wpływ zgoła niewielki. Wspomniane produkty kultury dobrze te czynniki unaoczniają, wyliczają i analizują. Wszystkie ukazują kontekst i społeczne tło narodzin ofiar. Poprzez nakreślenie sytuacji tłumaczą, dlaczego zmagania wielu kobiet o poprawę własnego bytu są skazane na porażkę lub wymagają słonej zapłaty.
(...)
Dyskurs ofiary jest pozaparlamentarny. Odgrodzony murem szpitala psychiatrycznego, gabinetu terapeutycznego, domu starców, schroniska samotnej matki albo ofiar handlu ludźmi, ośrodka dla uchodźców, zostaje dyskretnie usunięty z publicznej przestrzeni w sferę prywatną, gdzie mówi się szeptem i tonem troski. Te azyle chronią przebywających w nich ludzi, ale także resztę społeczeństwa przed kontaktem z tym, co nie ma prawa pojawić się w świecie, gdzie o byciu człowiekiem świadczy panowanie nad sobą. Widok ofiary konfrontuje ze stanem, którego boimy się doświadczyć, więc nie dopuszczamy wobec niego empatii. Wyrzucamy poza nawias widzialności i słyszalności tych, którzy nie panują nad sobą, bo ktoś zapanował nad nimi: nad ich mową, czynami, funkcjami życiowymi.
Ofiara, która się rozpadła zamiast pozbierać, która sobie "nie poradziła" zamiast dzielnie zawalczyć o własne życie, podlega kolejnej przemocy. Tym razem będzie nią izolacja. Niedobrze, gdy izolację tę wspierają argumenty o szkodliwości wizerunku ofiary dla kobiecego empowerment.
Drugi typ krytyki, który nazywam uniwersalizującym, zaprezentował niedawno Jacek Żakowski i opatrzył mianem "ryzyka emancypacji.
(...)
To prawda, że status ofiary bywa nadużywany lub zajmowany fałszywie. Rozpoczynając agresję na Afganistan, a potem Irak, politycy amerykańscy przedstawiali USA jako kraj, który padł ofiarą rozpoczętej już wojny, a oni zamierzają się jedynie bronić. Agresywna wobec Palestyńczyków i krajów sąsiadujących polityka Izraela do dziś opiera się na dyskursie ofiar, które, pomne doświadczeń, nie dopuszczą do kolejnej zagłady Żydów.
Cyniczne przybranie roli ofiary nie ma jednak nic wspólnego z dopuszczeniem rzeczywistych ofiar do głosu ani oddaniem im sterów władzy. Jak niemal każda zagrywka, która ma usprawiedliwić dominację, uderza ona w słabszych. Żydzi, którzy przeżyli holocaust, byli w budującym się Izraelu widziani niechętnie. Jeśli, to raczej jako Abba Kovner, niż Primo Levi.
(...)
Brak umiejętności rozróżnienia między ofiarą a jej fałszywym trybunem skutkuje tak, że nim ofiara zdąży wypowiedzieć swoją krzywdę, już zamyka się jej usta ostrzegając przed dokonaniem nadużycia. Jej głos jeszcze nie zabrzmiał, a już został uciszony. W ten sposób ofiary przechodzą przez kolejne kręgi milczenia. Pierwszy to sytuacja opresji. Drugi - wychodzenie z traumy za zamkniętymi drzwiami. Trzeci - próba opowiedzenia o swoim doświadczeniu, blokowana wstydem i podejrzeniami o chęć nadużycia.
(...)
Czytaj całość: lewica.pl/blog/zawadzka
|
dnia 20/01/2010
Polecam też całość tekstu na blogu autorki. Np. to:
Nie chcemy bezsilności nawet świadkować, a co dopiero poczuć. Nie chcemy oglądać tych, którzy jej doświadczają. Jeśli, to takich, dla których jest ona już tylko przeszłością, wspomnieniem, przepracowaną traumą, tym, co "nie zabiło, więc wzmocniło". Takich, którzy są już "pozbierani", na nowo scaleni, wyposażeni w siłę "człowieka po przejściach".
razem z tym:
Ofiara, która się rozpadła zamiast pozbierać, która sobie "nie poradziła" zamiast dzielnie zawalczyć o własne życie, podlega kolejnej przemocy. Tym razem będzie nią izolacja. Niedobrze, gdy izolację tę wspierają argumenty o szkodliwości wizerunku ofiary dla kobiecego empowerment.
Masę tego przeczytałam ostatnio na FB - włącznie z "feministkami" (?!) które uważają, że kobiety "pozwalają" "się tak traktować" i "pozwalają sobie" "tkwić w przemocowych związkach".
W ogóle paskudne te ofiary. Poniekąd czasem łatwiej o współczucie dla oprawców, którzy wszak na pewno "mieli ciężkie dzieciństwo"... |
dnia 20/01/2010
Świetny tekst. Właśnie takiego tekstu brakowało...fantastyczny efekt wyciągnięcia wniosków z dyskusji, dialog z głosami polemicznymi.
Nie trzeba jak widać warczeć, drwić i oburzać się, że ktoś ma inne zdanie, albo śmie patrzeć na problem z innej perspektywy. Można porozmawiać :-) |
dnia 21/01/2010
cieszyłabym się jeszcze bardziej, gdyby autorzy owych polemik posiedli edukację podstawową w temacie, na który polemizują, zanim walecznie wytoczą działa. W końcu Anna Zawadzka pisze tu rzeczy podstawowe. Może ich nie wiedzieć jakiś, za przeproszeniem, manager w korporacji, ale dla Jacka Żakowskiego to wstyd. |
dnia 21/01/2010
Dla Żakowskiego jak wstyd, to wstyd.
To jednak pewna utopia - wierzyć że wszystkie kobiety ze środowiska feministycznego są oczytane, wykształcone, nie myślą stereotypowo, są przyjaźnie nastawione do ludzi, kochają inne kobiety ;-) itp. Myślałam tak - bardzo krótko - między innymi dzięki temu forum szybko przypomniałam sobie o rzeczywistości ;-) I nie wiem dlaczego Ty elektrorycerko dziwisz się, że niektóre feministki na facebooku tamto i owamto...
Jestem za tym, żeby nie reagować agresją (jak niestety robi wiele feministek) na sam przejaw oporu wobec jakiegoś trudnego tematu -bo tak po prostu jest i to jest bardzo ludzkie. Dlatego tekst Anny jest tak na czasie i tak potrzebny - pomaga zrozumieć źródła oporu wobec tematu przemocy |
dnia 21/01/2010
I nie wiem dlaczego Ty elektrorycerko dziwisz się, że niektóre feministki na facebooku tamto i owamto...
Parafrazując pewnego księdza: ja nie wiem, dlaczego Pani nie wie...
No oczywiście, że się dziwię. Się nawet oburzam. Bo jak się ktosia podpisuje jako feministka, to to zobowiązuje do czegoś, no.
A z tego, że coś jest ludzkie, nie wynika, że jest dobra. Dla najmocniejszego przykładu: mizoginia jest ludzka. Agresja też... (Zatem, parafrazując, ja nie wiem, czemu się dziwisz, że ktoś reaguje agresją... )
Tekst Anny bardzo cenny. Ale nie łudziłabym się, że samą żywczliwością i szerzeniem oświaty "zdobędziemy świat". Przeciwnie, niejeden był tu troll, który żądał, żeby mu wszystko tłumaczyć - podczas, gdy powinien był sam się nauczyć.
Że sparafrazuję do kompletu pierwszy cytat z tegorocznego kalendarza: niektórzy potrzebują wychowania, a nie dowodów.
Bardzo cenię i podziwiam osoby, które mają cierpliwość, żeby rzeczy podstawowe tłumaczyć, i to tak przystępnie. Ale wolałabym, żeby te rzeczy były wytłumaczone w szkole. |
dnia 21/01/2010
siem niczemu nie dziwiem ;-)
no dobra...widzę, że określenie "ludzka, ludzki" więcej tu komplikuje niż wyjaśnia.
Dla mnie przemocowcy albo mizoginiści to bardziej bydlęta a nie ludzie - wiem, że to nieładnie tak dehumanizować drani, ale jakoś tak mam ;-) Żle się czuję z myślą, że należę do tego samego gatunku co oni................
Co do feministek i szkoły - nikt nie rodzi się feministką. W naszej kulturze to już naprawdę coś, jak dziewczyna przyznaje się do feminizmu - może być początkującą feministką :-) i co? utożsamiać się z częścią przesłanek tego nurtu, ale jeszcze nie czuć się, jak u siebie w domu, w temacie przemocy ;-) no to trzeba być cierpliwą dla niej a nie wyzywać od sojuszniczek katów...to "gupie" :-P - bo ona się niczego nie nauczy - to raz, a dwa- zrazi się do feministek, jak nie do feminizmu. Jasne, że tak sobie gdybam, ale myślę, że jest to dość prawdopodobny scenariusz. I dajcie ten tekst Anny na FB! |
dnia 21/01/2010
edług pokrętnej patriarchalnej logiki, kobiety-ofiary wszelkiej przemocy powinny przepraszać za to, że są. A jak się już nawiną po rękę, lub "pod słowo",cóż...szkoda nie przywalić. Nigdy nie przestanę się temu dziwić. |
dnia 22/01/2010
@Justyna
link do tekstu na FB jest
re: "nie wyzywać, bo sie niczego nie nauczy"... Tylko wiesz:
1. nie mamy obowiązku (żadna z nas) stawiać sobie za cel życiowy łagodnie nauczać wszystkie dziewczęta, co i jak.
2. łagodność nauczania niekoniecznie przekłada się na skutki. Czasem trzeba huknąć.
3. Jak kto jest początkująca feministka, no to się liczy z tym, że czasem oberwie?
4. inne feministki, povczątkujące lubo tez nie, też są ludzie i moga czasem poziomem głupoty poczuć się urażone nie do wytrzymania. Ja na ten przykład.
(Nawiasem, wczoraj ledwie zniosłam poziom wyssanego z mlekiem ojca seksizmu dwóch Młodych Socjalistów... I nie, nie będę im tłumaczyć, że zastosowali w swoich wypowiedziach podstawowe taktyki wykluczania i marginalizowania - bo od tego są socjalistami, żeby się tego byli nauczyli.) |
dnia 22/01/2010
a propos początkujących feministek... Najlepsza (najgorsza?)anegdota, jaką usłyszałam na temat zbierania podpisów pod projektem parytetowym, dotyczyła dwóch znajomych socjolożek. Obie z doktoratami, prowadzą też pracę dydaktyczną, również za granicą. Zaczepione dwie młode odmówiły podpisania, bowiem... (uwaga) "Nie mamy czasu na głupoty! Śpieszymy się na uniwersytet!"
I co im tłumaczyć w biegu? Można (trzeba było ) odpowiedzieć: "A, to mam nadzieję, że spotkamy się na moim seminarium"...  |
dnia 22/01/2010
@ Anmalena
owszem. Wg pokrętnej patriarchalnej logiki kobiety zostają ofiarami przemocy złośliwie, żeby móc nękać biednych niewinnych mężczyzn, którzy tak strasznie je kochają.  |
dnia 22/01/2010
Otóż to. A najgorsze w tym wszystkim jest to, iż tak wiele kobiet wierzy, że to one są winne, że pewnie sprowokowały,że nie należy protestować, lub co gorsza, walczyć z przemocą. A co do historii o dwóch socjolożkach - eh...Znam młode doktorki-humanistki, które twierdzą, że nie są dyskryminowane, i w ogóle nie wiedzą o co chodzi tym strasznym feministkom, podczas gdy są ewidentnie pomijane przy obsadzaniu zajęć, awansach itp. Że nie wspomnę o ich oburzeniu, gdy mężczyzna w drzwiach nie przepuści, w rączkę nie cmoknie.Jeszcze sporo wody w Wiśle upłynie zanim coś się zmieni w mentalności wielu kobiet.... |
dnia 01/02/2010
nie, ale zaraz: socjolożki są ok, to one zbierały podpisy! I zostały skarcone przez dwie młode studentki...
(oby padły na egzaminie z socjologii) |
dnia 05/02/2010
ups...najmocniej przepraszam.Zatem ubolewam nad studentkami, a socjolożki są na 5 z plusem. Ale utrzymuję dalszą część postu dotyczącą kobiet nie zauważających, iż są dyskryminowane. |
|
|
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
|
|