|
|
|
Bycie zającem to męski sport |
Bycie zającem to męski sport
Dlaczego partie boją się parytetów?
Tekst: Mikołaj Iwański
Parytety na listach partyjnych funkcjonują od zawsze dość dobrze. Tyle, że nie mają na celu równej reprezentacji kobiet i mężczyzn. Warto przypomnieć, że właśnie złamanie umowy parytetowej między byłym KLD a byłą UD doprowadziło do rozpadu Unii Wolności i powstania Platformy Obywatelskiej.
Listy wyborcze konstruuje się zazwyczaj według zasady, że w pierwszej trójce powinna być kobieta. Dobrze też, jeśli w pierwszej piątce jest lekarz. Macherzy partyjni dobrze wiedzą, że to uwiarygodnia listę. W partiach stosuje się też parytet terytorialny. Chodzi o to, żeby każdy organizm miejski czy część aglomeracji miała swojego tzw. zająca.
"Zając" oznacza faceta, który zajmuje niższe miejsce na liście (tzw. niebiorące). Nie ma szans na mandat, ale zbiera głosy na lidera. Im bardziej zając napalony, tym lepiej. W ostatnich dniach każdej kampanii wielu zajęcy stwierdza, po konsultacji z rodziną i kolegami, że "kto jak kto, ale oni mają wielką szansę, bo ludzie tak czują". Zając zostaje wtedy ugodzony strzałem z wody sodowej i jest w stanie swoje ostatnie pieniądze wywalić na kolejne plakaty, bannery, reklamy w lokalnej TV itd. itp. Podnosi to widzialność całej listy i poprawia ostateczny wynik. Potem, jeśli delikwent się nie zrazi, ma dobre wejście w wybory samorządowe. Ale zwykle się zraża i stwierdza, że "polityka to bagno". Taka karma.
Kobiety, które zwykle patrzą na wybory bardziej pragmatycznie i trzeźwo oceniają własną sytuację, o wiele słabiej poddają się temu syndromowi. Dlatego z punktu widzenia partyjnej maszyny są o wiele mniej użyteczne w charakterze zajęcy.
Ostatnią kategorią kandydatów są "słupy". To zawodnicy, którzy startują po to, żeby podnieść limit wydatków wyborczych. Przykładowo w okręgu 10-mandatowym wystawia się 20 kandydatów: 3 potencjalnie biorących, 8 zajęcy i reszta to słupy. Rolę tę mogą pełnić radni (którzy muszą poprawiać rozpoznawalność) albo żony działaczy partyjnych. Osoby takie piszą oświadczenia o przekazaniu swojego limitu wydatków na lidera listy... i gotowe.
Nic dziwnego, że partyjni liderzy i aparatczycy obawiają się parytetu i suwaka dla kobiet. Tak po ludzku, to nawet ich rozumiem, bo rozwala im się warsztat pracy bez perspektyw na jego "naprawienie". Oczywiście, nawet po wprowadzeniu parytetu w wielu przypadkach kobiety będą potraktowane instrumentalnie. Ale po kilku kolejnych wyborach zaczną budować swoją pozycję polityczną z innego poziomu, i nie będą się dały traktować jak paprotki. Jeśli zapewnimy 50-procentowy udział kobiet na listach, aktywne i ambitne kobiety w większym stopniu zaczną interesować się uczestnictwem w polityce.
Mikołaj Iwański - '79 - filozof, wykładowca Politechniki Koszalińskiej, członek poznańskiego koła partii Zieloni2004, w latach 2006 i 2008/9 w Brukseli - staże w Parlamencie Europejskim oraz w agencji lobbingowej
|
dnia 23/07/2010
Komorowski: parytet powinien wynosić 35 proc.
http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/429805,komorowski_parytet_powinien_wynosic_35_proc.html |
dnia 23/07/2010
Autor najwyraźniej tęski za jakimś światem idealnym.
Tylko na czym Autor opiera swoje prognozy końcowe ? I co kobietom ( i nie tylko ) przyjdzie z tego, że kolejna aktywna i ambitna Nelly zainteresuje się polityką i zostanie posłem ? |
dnia 23/07/2010
Feminizm po Polsku w XXI wieku chili Nelly w natarciu :
http://www.youtube.com/watch?v=NJpvvczwmd8 |
dnia 25/07/2010
@Zenobiusz: Byc moze prognozy koncowe Autora wynikaja z doswiadczenia Zielonych, ktorzy maja parytet 50/50
 |
dnia 26/07/2010
No tak Szanowny Mosiek`u, ale na listach PiS-u raczej nie uświadczymy Małgorzaat Tkacz - Janik lubo Agnieszek Grzybek ino raczej więcej Nellów i Kemp. |
dnia 28/07/2010
wow! a myślałam, że o systemie wyborczym wiem sporo... a tu takie zaskoczenie! fajny temat, fajnie opisany, fajny artykuł. gratuluję  |
|
|
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
|
|